|
Blog > Komentarze do wpisu
Jak tu się nie rumienić?Ani dziś jako premier, gdy jego rząd myśli o cenzurze internetu, ani szczególnie przed rokiem 1989 Donald Tusk nie był „czołowym bojownikiem” o wolność.
Jak tu się nie rumienić?
Donald Tusk dostał Nagrodę Karola Wielkiego przyznawaną przez niemieckie Kuratorium w Aachen. Oczywiście różnorakim przeciwnikom PO z prawej flanki posłużyło to formułowania, po raz kolejny, idiotycznych tez typu: Niemcy pokazują Polakom, jakich polityków akceptują i jakich oczekują, że będziemy wybierać; Tuska nagrodzili za serwilizm wobec Berlina i Merkel; czy też jest to próba obcej ingerencji w polskie wybory prezydenckie 2010. Trudno to komentować czy się do tego odnosić. Każdy średnio rozgarnięty człowiek samodzielnie dostrzeże w tym ewidentny bełkot. Jednak i ja mam tutaj swoje „ale”, chociaż z zupełnie innej parafii. Faktem jest, że ludzie u władzy ciągle dostają jakieś nagrody, jeśli tylko ich ideowy profil odpowiada nagradzającej instytucji, a działalność międzynarodowa nie polega na zaognianiu konfliktów, a raczej ich łagodzeniu. Dlatego właśnie nagrody mocno na wyrost dostają Obama i Tusk, a poprzedni prezydent USA B*** i Kaczyński mogą tylko o tym pomarzyć i ponarzekać, jak to ich się nie docenia. Aby jednak nie stracić resztek powagi i nie narazić się na bezkrytyczne nagradzanie po prostu, niemalże przypadkowo, osób aktualnie będących w danym kraju u sterów władzy, warto włożyć trochę wysiłku w uzasadnienie decyzji o wyborze laureata. Komitetowi Noblowskiemu w przypadku Obamy się to nie udało, więc prezydent USA sam musiał w swoim mądrym wystąpieniu sytuację trochę poratować. Przed podobnym zadaniem stanie 13 maja 2010 Donald Tusk, gdy będzie uroczyście odbierać Nagrodę Karola Wielkiego. Wszystkiemu winna jest treść uzasadnienia, a w szczególności jej dwa fragmenty. Pierwszy mówi o nagrodzeniu polskiego premiera jako „przekonanego i przekonującego Europejczyka”. Do obu tych określeń mam poważne zastrzeżenia. Jasne, od kilku dobrych lat (w zasadzie od około lat czterech) Donald Tusk robi na scenie politycznej wrażenie Europejczyka przekonanego, czyli wyrazistego zwolennika integracji europejskiej. Rzecz w tym, że przed jesienią/zimą 2005 tak nie było. Dziś gdy logika polskiej sceny politycznej, zdominowanej przez konflikt na osi partia Tuska PO-eurosceptyczne PiS, powoduje, że politycznie sensowne jest zwalczanie eurosceptycyzmu, Tusk to czyni. W kontrze PiS obsługuje elektorat centrum, centrolewicy i umiarkowanej centroprawicy, które murem stoją za integracją z UE. Przed wyborami 2005 logika sceny politycznej była nad Wisłą inna, to i postawa Tuska wobec Unii była odmienna. Wówczas konfliktem organizującym scenę polityczną był konflikt PO razem z PiS kontra rządząca lewica. To lewica w tamtym układzie pełniła rolę siły euroentuzjastycznej. PO zaś, w tylko nieco słabszym stopniu niż PiS, raz po raz zgłaszała swoje zastrzeżenia. Było to oczywiście dzieło Jana Rokity, ale Tusk był współsprawcą tego stanu rzeczy. Gdyby nie upadek totalny SLD i przesunięcie się głównej linii podziału pomiędzy PO a PiS, partie te prowadziłyby wspólną politykę wobec integracji. Nie byłaby to polityka entuzjastyczna. Tusk nie jest też przekonującym Europejczykiem, gdyż jego cały elektorat został do Unii przekonany jeszcze zanim on sam dokonał politycznego zwrotu w roku 2006. Nikogo nie musiał już wtedy przekonywać. Tą pracę wykonali inni (także Unia Wolności) wtedy, gdy decydowały się losy referendum, w roku 2003. PO wówczas często przeszkadzała prowadzić proeuropejską akcję polityczną. Jeszcze bardziej razi inny fragment uzasadnienia. Według niego Tusk to „czołowy bojownik o wolność, demokrację i prawa człowieka, który nigdy nie ugiął się przed komunistycznym reżimem”. To zdanie jest kuriozalne. Ani dziś jako premier, gdy jego rząd myśli o cenzurze internetu, ani szczególnie przed rokiem 1989 Donald Tusk nie był „czołowym bojownikiem” o wolność. Owszem pisywał artykuły i pracował ciężko w funkcjonującej na kapitalistycznych niemal zasadach firemce. Ale „czołowymi bojownikami” to byli inni, tacy jak Bujak, Borusewicz i Frasyniuk. Ale to nie oni dostaną tą nagrodę. To nie oni są premierami Polski w 2010 roku. Jak Tusk odniesie się do tego dziwacznego uzasadnienia? Czy okaże, jak Obama, nieco pokory czy wybierze pełne światło reflektorów na kwartał przed wyborami prezydenckimi? piątek, 22 stycznia 2010, peterliberty
TrackBack
Komentarze
planktonpolityczny
2010/01/24 16:22:24
Zgadzam się, że Tusk był 2-planową postacią, tak samo jak Jarosław Kaczyński, ale Lech już 1-planową. Co do jego europejskości, to przecież z list PO startował Jacek Saryusz-Wolski w 2004 roku - ważna postać polskiej drogi do integracji europejskiej. Gdyby Tusk nie był proeuropejski raczej by nie startował z ich list. Tak więc twoje zarzuty wydaja mi się niesłuszne.
2010/01/24 18:09:09
Saryusz-Wolski właśnie grał pierwsze skrzypce w strategii pod hasłem "Nicea albo śmierć". Poza tym tematem tutaj nie jest podejście do integracji Saryusza-Wolskiego tylko samego laureata nagrody D. Tuska. Tan zaś w swojej retoryce przed rokiem 2006 bardzo chętnie nawiązywał do Rumsfelda, głosił hasełka antyniemiecko-antyfrancuskie i wychwalał sojusz z republikańskimi USA, w tym atak na Irak. Na tym bazował wyraźnie jego eurosceptycyzm. Proszę sobie przypomnieć kampanię referendalną 2003. Hasła np. UW były po prostu prointegracyjne, PO było za "tak" w referendum, bo wejście do Unii miało nam przynieść materialne korzyści. To jednak dwa różne podejścia do sprawy.
|