Blog > Komentarze do wpisu

PD przeciwko nam

Scenariusz pisany przez media i ogłaszany w każdym programie publicystycznym mówi o starciu kandydatów PO i PiS. Wybory prezydenckie zamiast być szansą na otwarcie sceny politycznej i pojawienie się na niej nowych podmiotów, posłużą teraz raczej do jeszcze mocniejszego jej zabetowania, a nawet będą krokiem, by oligopol czterech partii zastąpić systemem dwupartyjnym. Możliwości prowadzenia działalności politycznej poza dwoma wielkimi partiami wodzowskimi właśnie się kończą.

PD przeciwko nam

Od kilku dni staje się dość wyraźne i jasne, że scenariusz tych przyspieszonych wyborów prezydenckich napisało życie. Tragedia w Smoleńsku zmieniła nie tyle układ sił na scenie politycznej, gdyż ten, wydaje się, uległ nieznacznemu przesunięciu, co zredukowała znaczenie elektoratów negatywnych w kampanii oraz nadała kandydującemu teraz na najwyższy urząd w państwie bratu tragicznie zmarłego prezydenta swoisty immunitet, wykluczający ataki na jego poglądy polityczne. Szczególnie niemożliwe wydaje się stosowanie względem niego i całego środowiska PiS narzędzia negatywnej kampanii wyborczej, polegającego na nawiązywaniu i przypominaniu wyborcom złych skutków dotychczasowej aktywności prezydenta z tej partii na tym urzędzie, gdyż bilans tych czterech i pół roku prezydentury teraz całkowicie przysłania tragiczna, ale i przypadkowa śmierć tego polityka na służbie państwu.

Nie tyle oznacza to zwycięstwo Jarosława Kaczyńskiego w wyborach (to nadal jest mało prawdopodobne), co utrudnia działania na rzecz dalszego osłabienia pozycji kandydata PiS. A to było i jest warunkiem sukcesu kandydatury Andrzeja Olechowskiego. Przed 10 kwietnia obserwowaliśmy szereg sondaży, które Olechowskiemu dawały realne perspektywy prześcignięcia w I turze Lecha Kaczyńskiego i wejścia do II tury z kandydatem PO. Jednak katastrofa na tyle zmieniła nastroje społeczne, że nie tyle doprowadziła do eksplozji poparcia dla Prawa i Sprawiedliwości do góry, co ugruntowała je i uczyniła bardziej odpornym na dalszą erozję. Szczególnie, że krytyka tego ugrupowania, dotychczas spotykająca się z aprobatą zdecydowanej większości wyborców, przejściowo, akurat w trakcie tej kampanii, stała się strategią obarczoną sporym ryzykiem dla autorów tejże krytyki.

Szanse Andrzeja Olechowskiego na awans do II tury zmalały dramatycznie. Scenariusz pisany przez media i ogłaszany w każdym programie publicystycznym mówi o starciu kandydatów PO i PiS. Wybory prezydenckie zamiast być szansą na otwarcie sceny politycznej i pojawienie się na niej nowych podmiotów, posłużą teraz raczej do jeszcze mocniejszego jej zabetowania, a nawet będą krokiem, by oligopol czterech partii zastąpić systemem dwupartyjnym. Możliwości prowadzenia działalności politycznej poza dwoma wielkimi partiami wodzowskimi właśnie się kończą, wcześniej aniżeli można się było tego spodziewać.

Osobiście bardzo zawiodła mnie postawa Partii Demokratycznej, której jeszcze rok temu byłem członkiem. Liczyłem, że po wycofaniu się w wyborów kandydata, którego partia ta chciała wystawić wraz z SdPl, niejako kontynuując logikę dotychczasowych sojuszy politycznych, opowie się ona po stronie Olechowskiego, bez wątpienia najbliższego wartościom liberalnym i centrowym w całej stawce. Stało się inaczej. PD powołuje się na groźbę „powrotu IV RP” i dlatego wzywa już w I turze do głosowania na kandydata PO, a więc partii, z którą Demokraci.pl od lat toczyli gorzki bój. Jest to argument chybiony, gdyż ewentualny wybór Kaczyńskiego na prezydenta będzie trzeba zablokować w turze II, gdy rzeczywiście wszystkim nam, politykom centrum, przyjdzie opowiedzieć się za Bronisławem Komorowskim. I tura to zaś czas dokonania wyboru ideowego, a nie motywowanego tym, kto „ma szanse wygrać”. Szczególnie zaskakuje taka postawa w przypadku partii która jeszcze przed chwilą promowała kandydata o o wiele mniejszych szansach sondażowych aniżeli Olechowski, czyli, jak rozumiem, czyniła to z przyczyn ideowych. Od popierania z pobudek idealistycznych socjaldemokraty przeszła z przyczyn koniunkturalnych do obozu konserwatysty. W istocie, nie sposób w taki sposób nie ulegać całkowitej marginalizacji.

W najbliższej kampanii będziemy więc sami i sami powalczymy o jak najlepszy wynik dla naszego kandydata. Z dumą, jak uważam, możemy mówić, że nasz kandydat jest do pełnienia urzędu prezydenta najlepiej przygotowany. Bez wątpienia jest także najbliższy centrowym poglądom liberalnym. Bez złudzeń co do wyniku walczyć będziemy o każdy głos, namawiać, aby wyborcy porzucili w tych wyborach logikę starcia dwóch obozów politycznych, machin partyjnych. 20 czerwca zobaczymy do jakiego stopnia nam się to udało. Wtedy przyjdzie czas na racjonalną ocenę sytuacji i twardą decyzję. Jeśli starcie dwóch gigantów polskiej sceny politycznej zupełnie zmarginalizuje wszystkich innych, to trzeba będzie sobie otwarcie rzec, iż przyszedł czas na porzucenie mrzonek o budowie nowej partii w Polsce, poświęcenie się innym zajęciom lub poszukanie miejsca na listach PO, gdzie prawdopodobnie jesienią znajdzie się kilkoro liderów PD. Albo może jednak Andrzejowi Olechowskiemu uda się wyrąbać na scenie przestrzeń rzędu 8-12%, na której można będzie spróbować coś zasadzić. Wówczas obowiązkiem centrystów będzie podjąć taką próbę. Będzie to zobowiązanie wobec tych wyborców.

poniedziałek, 26 kwietnia 2010, peterliberty
Tagi: wybory

Polecane wpisy

TrackBack
TrackBack w tym blogu jest moderowany. TrackBack URL do wpisu:
Komentarze
2010/04/27 01:08:40
Z drugiej strony może to i lepiej - demokraci i tak byli spaleni. Teraz - po przewidywanej ucieczce reszty członków do PO - zrobi się być może trochę miejsca na świeżą formację liberalną.
-
2010/04/27 01:24:55
W ogóle fakt że zgłosiły się aż 22 komitety, nie napawa nadzieją... wygląda na to że większość partii pogodziła się z alternatywą Kaczyński-Komorowski, a w wyborach chce tylko zaznaczyć swoje istnienie.

W sondażach (z tego co czytałem) trzech kandydatów przekracza 5%: Komorowski, Kaczyński i Olechowski. Cała reszta osiąga nieznaczące wyniki - czyim kosztem? Na pewno nie kosztem twardego elektoratu PiSu albo PO.