Blog > Komentarze do wpisu

Demos bez kratos

Tekst ukazał się pierwotnie w kwartalniku „Liberte!” (nr XVI).

--------------------------------------------------------
 
Demokracja jest ustrojem politycznym oraz metodą wyłaniania władzy nie bez powodu gloryfikowaną w obecnych czasach. Doświadczenia wojen, totalitaryzmów i autorytaryzmów o lewicowym i prawicowym, ale zawsze kolektywistycznym zabarwieniu stanowią niesłychanie mocny argument na jej rzecz, jako alternatywy uwzględniającej prawa i wolności jednostki ludzkiej. Nie mniej jednak, demokracja w pełnym znaczeniu tego słowa nie istnieje. Jej realizacja jest w zasadzie niemożliwa, przede wszystkim dlatego, że konsekwencją radykalnej formy demokracji stałoby się niechybnie zaprzeczenie jej fundamentom aksjologicznym, tak cenionym w Europie po doświadczeniach XX wieku. Stanowi to poważny dylemat automatycznie prowadzący do różnorakich koncepcji ograniczenia zakresu oddziaływania „czystej” demokracji w procesach realnego decydowania politycznego. Dodatkowo nietrudno zauważyć, że stosowana w praktyce demokracja oparta o system przedstawicielski i pluralizm partyjny ewoluuje. W politycznej grze niechybnie ginie zasada równości głosu każdego z obywateli, a niektórzy z nich zyskują możliwość zwielokrotnienia siły swojego oddziaływania na rezultat, bardzo często poprzez mechanizmy niepoparte jakąkolwiek legitymizacją, a nawet pomimo otwartej dezaprobaty rzekomo rządzącego, a faktycznie coraz bardziej bezradnego demosu.


 
Tyrania w demokracji


Historyczne, dobrze znane koncepcje wprowadzenia bezkompromisowej demokracji, pełnej i realnej władzy (różnie definiowanego) ludu, w bardzo nieznacznym stopniu mogły okazać się źródłem wzorców w rzeczywistości współczesnych państw i masowej demokracji. Często podkreślano, że formy demokracji bezpośredniej, deliberacyjnej i konsensualnej są możliwe tylko w niedużych społecznościach, a w skali państw napotykają na nieprzezwyciężalną barierę skali. Być może z tego powodu raz po raz ujawniają się inicjatywy, aby po formy te sięgać w polityce lokalnej, co prowadzi do wzrostu popularności takich narzędzi jak referenda czy budżety obywatelskie. Jednak kwestia skali nie jest jedynym problemem, jaki tego rodzaju republikańska demokracja za sobą pociąga. Dużo poważniejszy zarzut pod adresem konsekwentnie realizowanej wizji demokratycznej sformułował Benjamin Constant, a jego przestrogi nie tracą współcześnie na aktualności. Analizując rzeczywistość demokratycznych polis greckich, Constant zauważył zagrożenia dla wolności indywidualnej generowane przez powszechną demokrację. Upodmiotowiony w pełni w procesie politycznym i uzbrojony w prawo głosu obywatel polis był pozbawiony wolności w prywatnej sferze życia, ponieważ każde inne prawo, jakie posiadał – poza prawem do udziału w głosowaniach oraz przemawiania na agorze – mogło zostać mu w dowolnej chwili odebrane na mocy jak najbardziej demokratycznej decyzji zgromadzenia obywateli. Był zatem niewolnikiem mechanizmów władzy, a fakt, że w jej sprawowaniu współuczestniczył, nie zmieniał jego zasadniczego położenia. W toku późniejszych debat klasyków XIX-wiecznego liberalizmu na temat antywolnościowej natury demokracji, w których szczególnie doniosłe były głosy Alexisa de Tocqueville oraz Johna Stuarta Milla, problem udało się doprecyzować. Pomógł w tym teoretyk radykalnego demokratyzmu Jean Jacques Rousseau, który w gruncie rzeczy postulował pełną „władzę ludu” w oparciu o model deliberacyjno-konsensualny. Praktyka życia społecznego kazała realistycznie analizującym liberałom poddać w wątpliwość zdatność tego teoretycznego modelu do użycia, ponieważ możliwość uzyskania szczerego, niewymuszonego presją i autentycznego konsensusu wszystkich obywateli w toku uargumentowanej debaty, przy uczciwym podejściu, jawi się w oczywisty sposób jako utopia. Zawsze będzie różnica poglądów, przy każdym projekcie prawa będą zwolennicy i przeciwnicy, zawsze ktoś przegra, nawet kompromis, który – gdy dobry – pozostawia wszystkich niezadowolonymi, niektórych pozostawi radykalnie niezadowolonymi. W ostatecznym rozrachunku cała dyskusja sprowadza się do tego, że w demokracji w końcu musi dochodzić do głosowania (chyba, że przyjmiemy zupełny brak decyzyjności za dopuszczalną alternatywę), w którym wyłoni się większość i mniejszość. W efekcie zaś, demokracja nie jest „władzą ludu”, tylko władzą większości ludu. To zaś generuje niebezpieczeństwo dla praw i wolności człowieka.


 
Jeśli, tak jak w polis greckich lub w koncepcji Rousseau, większość stanowi niezaprzeczalną emanację woli ludu i ma wobec tego prawo podejmować dowolne decyzje o kształcie prawnym wspólnoty politycznej, to taka (w sporym uproszczeniu) republikańska demokracja może w niektórych okolicznościach przerodzić się w tyranię (autorytaryzm, może nawet totalitaryzm), sprawowaną nie przez charyzmatyczną jednostkę stojącą na czele władzy wykonawczej, a przez przedstawicieli większości obywateli sprawujących władzę ustawodawczą. Różnica pomiędzy pierwszym a drugim położeniem jest tylko kwantytatywna: tyran zwykł uciskać większość podwładnych (poza klientelistyczną kliką zapewniającą trwanie jego reżimu), natomiast w tyranii demokratycznej uciskana jest mniejszość społeczeństwa, gdyż rządząca większość dobrze czuje się w porządku prawnym skrojonym według jej gustów i nie postrzega tego porządku jako ucisk. W ujęciu jakościowym obie sytuacje są jednak tożsame, ponieważ konkretnym jednostkom arbitralnie ustanowione prawo odbiera możliwość wolnego wyboru i kształtowania prywatnej sfery życia według własnych wartości, wiary, przekonań, ambicji i pragnień.


 
Poza zasięgiem


Skoro jednak demokracja jest dla nas, współczesnych Europejczyków pomnych doświadczeń nazistowsko-faszystowsko-frankistowskiej lub komunistyczno-realnosocjalistycznej tyranii, tak atrakcyjna dlatego, że każdego z nas ma indywidualnie przed uciskiem zabezpieczać, to dość jasnym jest, że nie jest naszym marzeniem demokracja według formuły absolutnej władzy większości ludu. Ideałem jest na pewno demokracja oparta o ograniczoną władzę większości, której model został już w szczegółach zarysowany przez (nie tylko) liberalnych myślicieli, od teorii umowy społecznej m.in. Johna Locke’a począwszy, przez Monteskiusza z jego modelem trójpodziału władz, przez konstytucjonalizm Constanta i filozofię rządów prawa, po enumeratywne określenie i zapisanie w prawie międzynarodowym szerokiego zakresu praw człowieka, który winien pozostać nienaruszalny i stać poza zasięgiem mocy władczej każdego porządku politycznego, z demokratycznym włącznie.


 
Odejście od prostego jak konstrukcja cepa rozumienia demokracji, jako tępego plebiscytu, po którym arytmetyczny zwycięzca bierze wszystko, jest absolutnie konieczne, aby chronić wolność jednostkową człowieka. Jest nieodzowne, aby nadać demokracji ów indywidualistyczny charakter, będący antidotum na tendencje kolektywistyczne – ślepe uliczki, na końcu których w XX wieku czekał ludzki dramat i zbrodnie przeciwko ludzkości. Jeśli dzisiaj podnoszą się głosy przeciwników ograniczania swobody działania władzy wybranej przez większość, przeciwników trójpodziału władzy i systemu checks and balances, głosy krytykujące tzw. impossybylizm rządzenia w demokracji, to świadczy to o niezrozumieniu podstawowych problemów demokratycznego porządku konstytucyjnego oraz braku wyczucia dla wartości, stanowiących fundament aksjologiczny współczesnej demokracji.


 
Wsysanie władzy


Faktem jednak jest, że złożoność systemu mającego za cel oddalenie części prerogatyw składających się na globalny zakres władzy absolutnej poza zasięg władzy większości ludu w nowoczesnej demokracji, powoduje narastające problemy. Stopniowo podważają one fundamenty legitymizacji tej demokracji poprzez generowanie mechanizmów, pozwalających trafnie postawić zarzut, iż oto demokracja z systemu ograniczonej władzy większości przeistacza się we władzę mniejszości. Tak sformułowany ogólny zarzut oczywiście dotyka strefy teorii spiskowych, przez co staje się przedmiotem kpin. W istocie pogląd, zgodnie z którym realną władzę we współczesnych państwach sprawuje jakaś bliżej nieokreślona, nieformalna lub tajna grupa wpływowych ludzi, być może nawet o międzynarodowym charakterze, nie brzmi poważnie i posiada już długą tradycję analogicznie formułowanych koncepcji, każdorazowo dopasowywanych do realiów swoich czasów. Jednak hipoteza, iż oto realne prerogatywy władcze lub przynajmniej realny potencjał wywierania decydującego wpływu na ludzi owe prerogatywy formalnie posiadających wypływają obecnie do kilkunastu, kilkudziesięciu różnych i w znacznej mierze od siebie niezależnych kręgów politycznych, społecznych, biurokratycznych czy gospodarczych zasługuje na głębszą analizę, o ile przyjmie się, że żaden z tych kręgów nie uzyskuje totalnego wpływu na wszystkie procesy decyzyjne, a jedynie określony rodzaj wpływu na niektóre obszary problemowe politycznego decydowania. Dopiero sumując oddziaływanie tych podmiotów na system uzyskujemy obraz wypłukiwania realnej władzy ze struktur wyłonionych wolą większości ludu ku strukturom takiej legitymizacji pozbawionym.


 
1. Podstawową sprawą jest oczywiście instytucja wolnego mandatu w demokracji przedstawicielskiej. Wyborcy nie są w tym modelu władni, aby swojemu posłowi udzielać instrukcji, ani tym bardziej sankcjonować jego działalność odwołaniem przed upływem kadencji. W oczywisty sposób stanowi to ograniczenie realnej władzy większości ludu, ponieważ daje posłowi teoretycznie możliwość realizacji zupełnie innego programu, aniżeli wyborcom przed głosowaniem zapowiadał. Sankcja braku reelekcji pozostaje i oznacza czasowe zawężenie istnienia realnej władzy większości ludu do okresów wyborów oraz okresów wybory te bezpośrednio poprzedzających. Z jednej strony wolny mandat ma uzasadnienie z punktu widzenia racjonalności polityki. Poseł ma możliwość oparcia się roszczeniowym postulatom swoich lokalnych wyborców przez dużą część kadencji i w ten sposób przyczynienia się do prowadzenia przez rząd odpowiedzialnej polityki finansowej. Może przyjąć strategię zatarcia tego „złego wrażenia” pod koniec kadencji i poprzez czasowo stosowane rozdawnictwo uzyskać reelekcję, aby powrócić następnie do postawy racjonalnej. Z drugiej jednak strony oczywiście, wolny mandat daje posłowi możliwość prowadzenia spraw państwa w kierunku odmiennym od woli większości obywateli, których władza wywędrowuje w jego ręce. Szczególnie drastyczne są przypadki posłów wykorzystujących swój zwielokrotniony wpływ na decyzje polityczne w celu realizacji prywatnych interesów ekonomicznych lub interesów ludzi z nimi zaprzyjaźnionych oraz powiązanych.


 
2. Powyższy dylemat związany z wolnym mandatem istniał zawsze, jednak aktualne tendencje przemian w systemach politycznych współczesnych demokracji generują tutaj nowe problemy. Od kilku dziesięcioleci obserwujemy w wielu krajach Europy zachodniej, obecnie także w Polsce, nieformalne zacieranie się efektywnego podziału władz i ich prerogatyw pomiędzy władzą pierwszą a drugą. W pierwotnych założeniach demokracji liberalnej parlament, a więc legislatywa pełniąca władzę pierwszą, winien był w sposób realny kontrolować działania rządu, a więc egzekutywy pełniącej władzę drugą. Kontrola miała dotyczyć w sposób szczególny trzech aspektów: wdrażania w życie ustaw parlamentu; wydatkowania publicznych środków, realizacji założeń budżetowych i zasadności wysokości nakładanych na obywateli podatków; sankcjonowania uchybień egzekutywy i jej aparatu biurokratycznego w odniesieniu do ewentualnego naruszania konstytucyjnych i ustawowych praw i wolności obywateli. W pierwszym okresie nawet za rzecz poboczną uważano to, czy parlament wyłania rząd jako emanację parlamentarnej większości partyjno-koalicyjnej czy jest to rząd wybrany personalnie przez głowę państwa – pod warunkiem że kontrola parlamentu była realna. W tym modelu parlament rzeczywiście był jakoby „adwokatem” chroniącym praw obywatela przed zakusami rządu i administracji. Lud wybierał swych przedstawicieli, a oni bronili jego praw w starciu z władzą. Tzw. parlamentaryzacja rządu, czyli wybór jego składu przez większość parlamentu, wydawał się zwiększać możliwości kontrolne. Po pierwsze, selekcja programów politycznych przez obywateli miała już nie tylko wpływ na przekrój światopoglądowy składu poselskiego, ale także na konkretną agendę rządową. Po drugie, większość poselska zyskiwała nową broń w zakresie sankcjonowania egzekutywy, w postaci wotum nieufności i permanentnej możliwości odwołania premiera i ministrów.


Ten model już nie działa. Premierzy są dzisiaj dominującymi nad partiami i posłami liderami politycznymi. Poseł jest podwładnym premiera w partii politycznej i jego dalsza kariera jest od jego decyzji i dobrej woli uzależniona. Będąc w takim położeniu nie może kontrolować rządu. W tej sytuacji zanika klasyczny podział prerogatyw pomiędzy władzą pierwszą a drugą. Posłowie większości przestają być „adwokatami” obywateli, a stają się „adwokatami” premiera, rządu i administracji. Posłowie mniejszości mają zaś coraz bardziej ograniczone możliwości formalnej kontroli i ich działalność zostaje ograniczona do prowadzenia propagandy medialnej, jako swoistej „kontroli” nieformalnej. Wolny mandat posła od teraz oznacza, że wolny mandat posiada także premier i rząd. Oczywiście nie formalnie – teoretycznie większość poselska nadal w każdej chwili może rząd obalić. Realnie jednak taka polityczna możliwość nie istnieje, więc w praktyce egzekutywa uzyskuje wolny mandat i podlega bardzo słabej, a nawet zerowej kontroli ze strony legislatywy. Władza wypływa więc z rąk ludu ku rządowi, a jego struktury administracyjne stają się o wiele za silne i często niemalże bezkarne, nawet w przypadkach nieprawidłowości w postaci naruszeń praw obywateli.


 
3. Nie oznacza to jednak koniecznie omnipotencji drugiej władzy. Władza, którą przejęła ona od ludu poprzez impotencję parlamentu, wypływa zwykle dalej. Nadal dość skutecznie funkcjonuje kontrola władzy drugiej (oraz pierwszej, gdyż ona zlewa się dziś z drugą w jedność w efekcie swej zależności) przez władzę trzecią, czyli kontrola zachowania zgodnego z założeniami rządów prawa i konstytucjonalizmu. Jednak i tutaj obserwujemy problemy i zagrożenia. Warunkiem skuteczności kontroli przez władzę trzecią jest częsta rotacja partyjnego składu władzy drugiej. Trwanie u steru rządów przez tą samą partię (koalicję) nieprzerwanie przez kilka kadencji generuje problem z faktyczną niezależnością sędziów trybunału konstytucyjnego/sądu najwyższego. Gdy większość sędziów jest wyłoniona przez ten sam obóz polityczny pojawiają się znaki zapytania. Jednym z nich jest nowa filozofia orzecznictwa polskiego Trybunału Konstytucyjnego, który przyjął za zasadne nie orzekać o niezgodności z konstytucją w przypadku, gdyby wyrok taki oznaczał poważne problemy finansowe dla budżetu państwa.


Podczas gdy władza druga poczyna dążyć do zamknięcia odpływu prerogatyw w kierunku władzy trzeciej, to jednak okazuje się bezsilna wobec kontroli ze strony władzy czwartej i zjawiska nowego, które umownie nazwać można tutaj „władzą piątą”. Pluralizm mediów jest gwarancją skuteczności kontroli działań egzekutywy poprzez kształtowanie opinii publicznej wyborców, z tym wskazanym powyżej ograniczeniem, iż władza stopniowo wypływa z rąk tychże wyborców. Sytuacji tej nie zmienia regres i być może zbliżający się koniec mediów drukowanych, ponieważ transfer kluczowych funkcji kontrolnych czwartej władzy do wydań internetowych wydaje się procesem przebiegającym pomyślnie, zwłaszcza w kontekście ułatwienia wglądu w elektroniczne wersje tradycyjnych mediów za sprawą mobilnych urządzeń z dostępem do sieci. 


Ta technologiczna ewolucja, a zwłaszcza rozwój narzędzi Web 2.0 z mediami społecznościowymi na czele, ułatwia dodatkowo dostęp do sprawowania funkcji kontrolnych wobec władzy drugiej/pierwszej pojedynczym obywatelom, niedysponującym wielonakładowym medium, ale bardzo aktywnym w sferze politycznej w tych nowych mediach. Obecnie każdy, aczkolwiek dysponujący czasem i odpowiednimi kompetencjami, posiada szansę na wywieranie wpływu na opinię publiczną wyborców i w ten sposób także nawet na kierunek działania władzy drugiej/pierwszej, oczywiście raczej w odniesieniu do pojedynczych decyzji, a nie globalnej polityki rządu. Polskimi przykładami uaktywnienia się tak rozumianej „piątej władzy”, które zmusiły rząd do kapitulacji, są ruch przeciwko ACTA oraz tzw. matki I kwartału. Siłę rażenia tych nowych współrządzących zwiększają narzędzia w sieciach społecznościowych, takie jak łatwo dostępna informacja o liczbie uzyskanych przez nich followersów, like’ów, liczby komentarzy pod wpisem blogowym. Decydentom z władzy drugiej pozwala to skalkulować, czy mogą sobie pozwolić na zwyczajne zignorowanie postulatów pretendentów do miana „piątej władzy”, czy też mają do czynienia z realnym zagrożeniem, w postaci siły zdolnej obniżyć ich kolejne wyniki wyborcze. 


Pojawienie się mechanizmu i narzędzia, które umożliwia tzw. zwykłemu obywatelowi wywieranie wpływu na władzę wydaje się, zgodnie z marzeniami, które od lat artykułuje Al Gore, zbliżać nas do lepszej formy demokracji, gdzie głos obywatela znów jest bardziej słyszalny. W pewnym sensie tak jest. Pamiętać jednak należy, że nie każdy obywatel, który chciałby coś istotnego powiedzieć lub zmienić, będzie w stanie z tych narzędzi skutecznie skorzystać. To zaś oznacza, że póki co „piąta władza” staje w szeregu z innymi zjawiskami zwiększającymi nierówność oddziaływania głosu poszczególnych obywateli w procesach politycznych. Władza wypływa bowiem także z rąk zwykłego wyborcy ku wyborcy realnie osadzonemu w świecie „piątej władzy”, tak jak kiedyś wypływała już ku wpływowym dziennikarzom i komentatorom osadzonym w świecie czwartej władzy, którzy jednak byli znacznie mniej liczni.


 
Władza bez legitymacji


4. Zjawiskiem istniejącym bodaj „od zawsze” w świecie polityki są formalni i nieformalni doradcy ludzi sprawujących władzę. Ich rola jednak rośnie i ilość władzy będącej faktycznie w ich rękach jest coraz większa. Jest to rezultatem ogólnego spadku poziomu kompetencji klasy politycznej. Jeśli spojrzeć 30-50 lat wstecz na demokracje zachodnioeuropejskie, to wówczas zjawiskiem powszechnym było, iż kariery w strukturach partii politycznych robili autentycznie eksperci w wielu dziedzinach polityki, którzy następnie stawali się naturalnymi kandydatami na ministrów lub szefów parlamentarnych komisji i byli w stanie debatować z pozapolitycznymi ekspertami posiłkując się analogiczną wiedzą. Obecnie ludzie o potencjale eksperckim coraz częściej unikają uwikłania w partie polityczne, co jest związane z zawężającym się zakresem możliwości funkcjonowania tam w warunkach intelektualnej niezależności. W efekcie pochodzący z partii ministrowie lub szefowie komisji są uzależnieni od wiedzy ekspertów, którzy ich merytorycznie drastycznie przewyższają. Alternatywnie eksperci pozapartyjni są powoływani na stanowiska ministrów z pominięciem szczebel partyjnej kariery, co jednak generuje niechęć posłów większości i decyduje o słabości rządowej pozycji tych ekspertów.


Sięganie po ekspertów w sytuacji świadomości niedostatków wiedzy własnej kadry partyjnej jest działaniem racjonalnym, które trudno krytykować. Z punktu widzenia lokowania realnej władzy w demokracji jest to jednak formalny problem. Oto mamy do czynienia z grupą ludzi, którzy przecież obok szerokiej wiedzy, posiadają (jak każdy z nas) także swój światopogląd, swoje uprzedzenia, emocje i irracjonalności. Inaczej niż w przypadku polityków partyjnych, nie stają jednak do wyborów i nie poddają się ocenie lub weryfikacji ludu. Większość ludu wybiera konkretnych kandydatów, w tym kandydata partii na premiera, ale nie ma żadnego wpływu na dobór jego doradców. Niekiedy zaś jednak to poglądy doradcy, a nie premiera, okazują się decydować o agendzie rządowej. Budzi to uzasadnione wątpliwości. W Polsce obecnie dość czytelny jest wpływ na rząd nowych poglądów gospodarczych doradcy premiera, Jana Krzysztofa Bieleckiego, który pod wpływem własnych doświadczeń w roli prezesa polskiej filii zagranicznego banku zmienił swoją ocenę takich problemów jak obecność zagranicznego kapitału, zasadność prowadzenia przez rząd działalności gospodarczej w ramach spółek skarbu państwa, czy udział prywatnych podmiotów w strukturze systemu emerytalnego. Partia premiera zmiany w polityce w tych obszarach nie anonsowała w swoich programach wyborczych. O istotnej zmianie kierunku politycznego rządu zdecydowała, jak się wydaje, ewolucja poglądów Bieleckiego i zaufanie, jakim obdarza go od wielu lat premier. Nie zdecydowała zaś o tym wola wyborców.


 
5. Dość oczywistym i typowym zjawiskiem jest wypływanie faktycznej władzy od rządu do różnych, teoretycznie podległych mu agend. Problem dotyczy w zasadzie wszystkich instytucji administracji publicznej, które walcząc o jak największy budżet dla siebie nie tylko często marnują środki publiczne, ale i angażują się w procesy kształtowania ustaw, aby przez nadanie sobie nowych kompetencji, zadań i uprawnień uzasadnić dalsze trwanie lub stały wzrost rocznego budżetu. Z punktu widzenia obywatela szczególnie szkodliwa jest bardzo silna pozycja służb państwowych uprawnionych do śledzenia i inwigilacji. Zmiana ustaw idąca w kierunku ograniczenia ich – zwłaszcza w Polsce – bardzo szerokich prerogatyw w zakresie wkraczania w prywatną i intymną sferę życia obywatela, napotyka stale na wyjątkowo silne przeszkody. Tajemnicą poliszynela jest, że w bodaj każdym demokratycznym kraju, służby takie zbierają niewygodne informacje także o samych politykach, przez co nadzwyczaj skutecznie ograniczają zapał do zmniejszania ich uprawnień. Wystąpienie przeciwko ich interesom wymaga posiadania krystalicznie czystego sumienia przez danego polityka, jednak w ewentualnym głosowaniu koniecznym jest, aby takowe sumienie miało kilkuset polityków, z których można złożyć poselską większość. Wszystko to dzieje się ze szkodą dla obywatela. Symptomatycznym jest, że obecnie w Polsce inicjatywy w kierunku ograniczania działań inwigilacyjnych przez służby podejmują politycy znajdujący się poza głównym nurtem politycznym, Rzeczniczka Praw Obywatelskich Irena Lipowicz oraz ostatnio prezes NIK Krzysztof Kwiatkowski.


 
6. Na liście kierunków wypływania realnej władzy w demokratycznym państwie muszą pojawić się lobbies powiązane z gospodarką, tzw. special interests oraz wszelkie inne grupy nacisku i ekonomicznego interesu. Powiązanie polityków z nimi jest problemem, który szeroko omawia się od wielu lat, szczególnie w kontekście debaty o korupcji, ale także o modelu finansowania kampanii wyborczych.


 
7. Wpływ na decydowanie polityczne, w sposób nierzadko niezgodny z poglądami większości ludu, wywierają ponadto duchowni różnych kościołów oraz przedstawiciele organizacji poświęcających się tzw. krucjatom moralnym. W Polsce krytycznie ocenia się często zaangażowanie w proces ustawodawczy hierarchów kościoła katolickiego, w Turcji narastającym problemem jest ponowna islamizacja życia społecznego.


 
8. Do oczywistych i niezwykle aktualnych tematów należy przekazywanie części suwerenności państwa, a więc i władzy, w ręce instytucji międzynarodowych. Każdy akt prawa międzynarodowego ogranicza zakres władzy i poddaje rządy pewnej formie kontroli. Ścisła integracja w ramach takich organizacji jak Unia Europejska w naturalny sposób jeszcze silniej odbiera prerogatywy z rąk władz państw narodowych. W obecnej sytuacji zjawisko to także należy zakwalifikować jako zmniejszenie wpływu większości ludu na procesy decyzyjne. Rozwiązaniem tego problemu byłaby autentyczna demokratyzacja systemu instytucjonalnego UE, ze wzmocnieniem roli wybieranego demokratycznie Parlamentu Europejskiego i poddaniem Komisji jego ścisłej kontroli.


 
9. Ostatnim elementem, który należy wskazać, jest wypływ władzy w kierunku rynków finansowych. W rzeczywistości obecnego kryzysu finansów i strefy euro spodziewane negatywne reakcje rynków finansowych na brak określonych decyzji politycznych ujawniły się jako niesłychanie silny czynnik modyfikujący działanie elit politycznych. Realnie coś takiego jak „rynki finansowe” nie istnieje. Jesteśmy nimi my sami. Faktycznym powodem wypłynięcia pokaźnej i ważnej części władzy w polityce makroekonomicznej z rąk rządów jest ich strach przed ekonomicznymi konsekwencjami prowadzenia nieodpowiedzialnej polityki, które wyrażałyby się spadkami indeksów na rynkach, a następnie pogorszeniem materialnego położenia milionów wyborców. Nie zmienia to faktu, że psychologiczny konstrukt „rynków finansowych” spowodował w ostatnim czasie dymisje kilku rządów Europy, w tym na pewno Włoch i Grecji, a więc nawet całkowitą utratę władzy przez polityków wybranych przez większość ludu. 


Z liberalnego punktu widzenia dodać należy jednak, że tego rodzaju ograniczenie swobody decyzji rządu uzależnionego w pewnym stopniu od oczekiwań opinii publicznej, jakim jest wypływ władzy ku „rynkom finansowym”, jest zgodne z postulatami racjonalnego rządzenia. Jak podkreślali m.in. Friedrich August von Hayek i Walter Lippmann są to okoliczności, w których niezwykle często większość ludu „nie ma racji” w tym sensie, że realizacja jej oczekiwań krótkoterminowych oznaczałaby w średniej perspektywie rezultaty jeszcze mniej ją satysfakcjonujące. Odebranie ludowi władzy przez tenże sam lud występujący po tej drugiej stronie jako „rynki finansowe” stanowi więc zabezpieczenie przed pochopnymi działaniami o najprawdopodobniej fatalnych skutkach.


 
O kontrakt wyborczy


Demokracja rozumiana jako ograniczona władza większości jest w kryzysie, który powodują bardzo różne czynniki: degeneracja partii politycznych, rozwój technologiczny, globalizacja, zmiany kulturowe i wiele innych. Jednak główną przyczyną, dla której czynniki te mogą powodować wypływ władzy z legitymizowanych do nielegitymizowanych demokratycznie ośrodków, jest zanik takiego demokratycznego mechanizmu jak kontrakt wyborczy. Naciski i wpływy odgrywałyby o wiele mniejszą rolę, gdyby zasada kontraktu wyborczego jeszcze obowiązywała. Długość kadencji parlamentu i rządu jest ustanowiona po to, aby partie ubiegające się w wyborach o władzę mogły skalkulować, co uda się im w tym czasie zrealizować. Posiadając tą wiedzę, mają możliwość zebrania swojego programu w miarę zwięzły jeden dokument – manifest wyborczy – i przedstawienia go opinii publicznej w trakcie kampanii. Gdy dana partia zostanie wybrana samodzielnie ma mandat na realizację manifestu, gdy powołać trzeba koalicję, formułuje się w czasie negocjacji program koalicji i wskazuje wyborcom, która z partii, gdzie ustąpiła i które elementy manifestów koalicjantów zostaną, a które nie zostaną zrealizowane. Czego się jednak nigdy nie robi, to nie przeprowadza się zasadniczych reform o dużym znaczeniu dla kraju i obywateli, jeśli się na ten temat w manifeście przedwyborczym milczało. Jeśli zaś już jednak tak się chce uczynić, to albo dopuszcza się referendum, albo – jak Stanley Baldwin, chcący w 1923 r. wprowadzić w Wielkiej Brytanii celny protekcjonizm – rozpisuje się nowe wybory i wcielenie reformy w życie uzależnia od uzyskania reelekcji. Tak wygląda uczciwość wobec wyborców.


 
Gdy tego zaś nie ma, to brak też kontroli nad tym, który projekt nieujęty w manifeście stanowi pomysł mających legitymację demokratyczną członków gabinetu/posłów, a który stanowi „wrzutkę” lobby, służb specjalnych, kościoła, jakiejś szarej eminencji czy faceta, który ma 10.000 followersów na Twitterze. Ugruntowanie kultury politycznej, w której nie zawiera się lub nie honoruje kontraktów wyborczych, otwiera drogę do chaotycznego, sytuacyjnego, akcyjnego, szarpanego i nieprzemyślanego modelu zarządzania procesem prawodawczym i decyzyjnym. Rząd może uważać, że w takim modelu ma wolną rękę, aby ignorując własnych wyborców dyktować raz po raz inną agendę i „zaskakiwać” nagłymi zmianami kierunku. W rzeczywistości osłabia swoją pozycję, jawi się jako chwiejny i staje ofiarą dyfuzji realnej władzy w cztery strony świata.


wtorek, 05 sierpnia 2014, peterliberty

Polecane wpisy

TrackBack
TrackBack w tym blogu jest moderowany. TrackBack URL do wpisu: