Blog > Komentarze do wpisu

Machinacja samorządem

Kontrowersyjna, a co więcej nieakceptowalna jest jednak propozycja Jarosława Kaczyńskiego, aby limit kadencji w odniesieniu do urzędujących włodarzy liczyć wstecz, a więc wliczać tu okres sprzed uchwalenia tej zmiany prawa wyborczego. To oczywiście podręcznikowe naruszenie zasady, iż prawo nie działa wstecz i tego nie zmieni żaden „wyrok” „Trybunału Konstytucyjnego”.

-------------------------------

W tym tygodniu rozgorzała dyskusja nad zasygnalizowanym na razie tylko wstępnie planem zmian w kodeksie wyborczym autorstwa partii władzy. Z informacji medialnych wynika, że PiS planuje m.in. wprowadzić limit 2 kadencji dla prezydentów miast, burmistrzów i wójtów, ewentualnie wydłużając równocześnie kadencję tych włodarzy z 4 do 5 lat.



Sam pomysł nie budzi mojego sprzeciwu. Jest oczywiście dyskusyjny, ponieważ zarówno istnienie, jak i brak limitu kadencji dla władzy wykonawczej w miastach i gminach generuje pozytywne i negatywne efekty. Różne rozwiązania są też stosowane na świecie. Wiele miast nie ma limitu kadencji dla burmistrzów, ale w wielu krajach demokratycznych, o długiej tradycji kultury wyboru demokratycznego, takie limity jednak istnieją. W USA zależy to od miasta – limit 2 kadencji jest m.in. w Los Angeles i w Nowym Jorku i zazwyczaj jest to pokłosie długotrwałych walk z pożeraniem polityki miejskiej przez różnego rodzaju nieprzejrzyste układy korupcyjne, czego znanym na światową skalę przykładem na pewno jest ratusz nowojorski sprzed kilku dekad. Osobiście jestem zwolennikiem wprowadzenia limitu kadencji dla włodarzy na poziomie jednak raczej trzech kadencji, każda o długości czterech lat (rozbicie wyborów samorządowych na oddzielne wybory włodarza i rady w innych terminach z powodu różnej długości kadencji to pomysł nonsensowny, a wydłużenie kadencji rad do lat 5 niewiele sensowniejszy). Obserwacja lokalnego życia politycznego, zwłaszcza w Polsce powiatowej, gdzie niewiele mediów spogląda lokalnej władzy na ręce, a budowa niezatapialnego układu jest dość prosta, przekonuje, że takie wymuszenie personalnego odświeżenia na szczycie samorządu tych gmin, co najmniej co 12 lat, jest bardzo potrzebne. Takie jest moje stanowisko, ale szanuję i rozumiem argumenty przeciwne.



Kontrowersyjna, a co więcej nieakceptowalna jest jednak propozycja Jarosława Kaczyńskiego, aby limit kadencji w odniesieniu do urzędujących włodarzy liczyć wstecz, a więc wliczać tu okres sprzed uchwalenia tej zmiany prawa wyborczego. To oczywiście podręcznikowe naruszenie zasady, iż prawo nie działa wstecz i tego nie zmieni żaden „wyrok” „Trybunału Konstytucyjnego” wydany przez nielegalny w świetle prawa, ale dyspozycyjny na każde skinienie Kaczyńskiego, skład. Ale przede wszystkim ta propozycja obnaża prawdziwe intencje jej autorów. Nie chodzi o neutralną politycznie poprawę funkcjonowania samorządu lokalnego, rozbijanie zastygłych układów i ułatwianie wejścia w lokalną politykę nowym, dynamicznym ludziom. Odłożenie perspektywy odciśnięcia przez limit kadencji pierwszych efektów w postaci niemożności ponownego kandydowania na najwcześniej wybory samorządowe w 2026 r. byłoby dowodem na apolityczność propozycji, na wyjęcie jej poza kontekst partyjniackiego politykierstwa, na to, że jest ona znakiem autentycznej troski o jakość zarządzania polskimi gminami. Wprowadzenie karkołomnej konstrukcji prawnej, która spowoduje wykluczenie z wyborów nagle, ni stąd, ni zowąd, kilkudziesięciu urzędujących obecnie włodarzy, z których tylko kilku jest związanych z partią Kaczyńskiego, zaś wielu z partiami opozycji PO i PSL, to dowód na to, że i w tym przypadku ludzie reżimu mają złe intencje i także tutaj szykują kolejny zamach na demokrację i państwo prawa. To nie będzie ustawa o zmianie ordynacji wyborczej. To będzie raczej specustawa o pozbawieniu biernego prawa wyborczego pewnej grupy polityków, nielubianych przez partię władzy.



Gdy we Francji przed wyborami 2002 r. zdecydowano o skróceniu kadencji prezydenta Republiki z lat 7 do 5 przy zachowaniu limitu 2 kadencji, urzędujący wówczas Jacques Chirac, który w 2002 r. planował ubiegać się o reelekcję, a więc druga i ostatnią kadencję, otrzymał możliwość startu po trzecią kadencję w roku 2007. Ze względów zdrowotnych z tej możliwości nie skorzystał, ale ją posiadał, bo skrócenie kadencji prezydenta oznaczało, że – gdyby nie dostał prawa ubiegania się o urząd trzeci raz – to w trakcie jego pierwszej kadencji zostałby pozbawiony możliwości bycia prezydentem przez lat 14, co miał prawo zakładać, gdy został wybrany po raz pierwszy w 1995 r. Tak działa państwo prawa o wysokich standardach. Polska Kaczyńskiego, jeśli limit kadencji dla włodarzy zadziała wstecz, okaże się po raz kolejny przeciwieństwem takiego państwa.


piątek, 20 stycznia 2017, peterliberty

Polecane wpisy

TrackBack
TrackBack w tym blogu jest moderowany. TrackBack URL do wpisu: