Blog > Komentarze do wpisu

Islam ma swoje miejsce w Europie, cz. 1

Tekst został pierwotnie opublikowany w kwartalniku "Liberte!" (nr XXV).

Żyjemy w okresie niebezpiecznego przełomu. W Europie po wielu dekadach znacznej otwartości, której pokłosiem były zarówno postępy unijnego projektu, jak i relatywna gościnność względem ludności imigranckiej z innych kręgów cywilizacyjnych i kulturowych, stoimy, jak się wydaje, u progu okresu zamknięcia, izolacji i odwrócenia się plecami od świata zewnętrznego. W Europie Zachodniej narasta nostalgia za czasem sprzed dobrych 50 lat, tęsknota za homogenicznością społeczno-kulturową, za nieskomplikowaną rzeczywistością, przewidywalnymi relacjami międzyludzkimi, prostymi procesami gospodarczymi, w tym – szczerze mówiąc – za mniej dynamicznym rozwojem i wolniej zmieniającym się otoczeniem, za poczuciem bezpieczeństwa, którego źródłem było swoiste ziomkostwo, swojskość.

 

To zjawisko nie jest szczególnie zaskakujące. Analiza historii niejednej cywilizacji w różnych epokach ludzkich dziejów pozwala wyodrębnić w ich ewolucji (na zmianę) okresy otwarcia i ekspansji, a także okresy izolacji i uwiądu. W powolnie zmieniającym się świecie sprzed wielu stuleci te okresy trwały zwykle bardzo długo, obejmowały po kilka pokoleń. Ale współcześnie wszystko dzieje się szybciej, zatem i przetaczanie się tych zjawisk może mieć znaczące tempo. Pytanie o przyszłość Europy, o jej fundamenty aksjologiczne, ład polityczno-społeczny, pomyślność gospodarczą i o bezpieczeństwo wobec zagrożenia konfliktami zbrojnymi, to dzisiaj w gruncie rzeczy pytanie o to, czy obecny zwrot ku zamykaniu się będzie tylko epizodem, czy jednak wielkim dziejowym przełomem.


Frustracja


Wraz z całym światem Europa staje wobec wielkiego wyzwania głębokiej przebudowy konstrukcji politycznych, ekonomicznych i społecznych. Przez wiele lat globalizacja była dla wyraźnej większości Europejczyków źródłem sukcesów. Nie modyfikując fundamentów systemowych, a tylko skupiając się na rozwijaniu i umiejętnym wykorzystywaniu swoich atutów i przewag, krajom Europy Zachodniej udało się w międzynarodowej konkurencji osiągnąć niezłe rezultaty. Humory zaczęły się pogarszać, gdy kolejne, logiczne z punktu widzenia kierunku procesów, etapy globalizacji stworzyły – jak się okazało – lepsze warunki dla niektórych gospodarek wschodzących. Wraz z pierwszymi niepowodzeniami i negatywnymi skutkami globalnej konkurencji, obejmującymi coraz większe grupy społeczne (i wyborców), pragnienie zawrócenia kijem Wisły, czyli spowolnienia postępu technologicznego i gęstnienia sieci powiązań w światowej gospodarce, zostało wyartykułowane jako czołowy postulat polityczny, a wzięte na sztandary przez populistów staje się potężnym narzędziem walki o władzę.


Frustracja Europejczyków ma dzisiaj dwa impulsy będące oczywiście dwiema stronami tego samego medalu. Jeden wypływa z pogarszającej się sytuacji materialnej, coraz trudniejszego dla niektórych grup zawodowych rynku pracy, kryzysu pokoleniowego spowodowanego świadomością dwudziestoparolatków, że po rodzicach zostaje im świat z o połowę mniejszą szansą, za to kilka razy większym długiem. Druga strona medalu to ksenofobia, pragnienie wzięcia odwetu za pogorszenie się warunków na widocznych „symptomach” globalizacji, które codziennie można spotkać na ulicy: przedstawicielach mniejszości etnicznych, imigrantach lub ich potomkach o innym kolorze skóry, wyznaniu religijnym, inaczej się ubierających czy mających inne zwyczaje. Skumulowanie się obu źródeł frustracji w rzeczywistości najpierw kryzysu finansowego, zadłużeniowego, a następnie kryzysu uchodźczego spowodowało erupcję emocji i śmiało artykułowanej nienawiści na tle rasowym i narodowościowym, której paliwem dodatkowo stała się sieć internetowa (z oferowaną przez nią łatwością wyrażania opinii i jej egalitaryzmem), odrzucenie narracji elit, zanegowanie wartości poglądów eksperckich i furia wobec mechanizmów poprawności politycznej, które skonstruowano w celu ułatwienia funkcjonowania wielokulturowego społeczeństwa w pierwszych kilku etapach jego rozwoju. Projekt integracji europejskiej i wolny przepływ osób w ramach wspólnego rynku został w tych okolicznościach trafiony rykoszetem jako jedno z ogniw filozofii otwierania się społeczeństw i państw, ale główna szpica ataku została skierowana na łatwiej identyfikowalną i trudniejszą ze względu na różnice kulturowe imigrację przede wszystkim muzułmanów. Rosnąca część opinii publicznej widzi ich jeśli nie jako potencjalnych terrorystów, to co najmniej jako dalece niekompatybilnych z wartościami europejskich społeczeństw.


Naszyzm


Populistyczna odpowiedź polityków na takie poglądy obywateli musi uwzględniać obie strony medalu. Oznacza to, że dopóki tego rodzaju nastroje się utrzymują, żadnych szans w politycznej konkurencji nie ma lewica – ani ta umiarkowana, która proponuje nieznaczne korekty, ani ta radykalna, która postuluje całkowicie nierealistyczny plan powrotu do gospodarek narodowych z lat 70. (a którego implementacja w średnim okresie jeszcze bardziej pogorszyłaby materialne położenie sfrustrowanych grup), ale przede wszystkim ignoruje nastroje ksenofobiczne i rasistowskie, ponieważ ze względu na swoją konstytucję światopoglądową nie jest w stanie na nie pozytywnie odpowiedzieć. W tej sytuacji nie może więc dziwić największy popyt na swoistą mieszankę prawicowego populizmu nacjonalistycznego z pakietem obietnic socjalnych. Środowiska te podsycają ksenofobiczne emocje naturalnie dlatego, że obsługa nienawiści wobec mniejszości jest zadaniem trywialnym, podczas gdy reforma gospodarki jest trudna i pozostaje zwykle poza ich intelektualnymi możliwościami.


W ten sposób w Europie wyłania się więc nowy polityczny krajobraz, w którym liczy się trzech graczy. Z jednej strony jest prawicowy populizm, który toruje sobie drogę ku władzy, głosząc program niemożności współżycia ludzi różnych wyznań, ras i tradycji kulturowych w ramach jednego państwa i społeczeństwa, który nie tylko używa ksenofobii jako paliwa swojego wzrostu, lecz także podsyca ją i pogłębia, fałszywie przekonując wyborców, że ich frustracja jest właściwie zaadresowana, oraz rozgrzeszając ich z wyrzutów sumienia przez okazanie zrozumienia wobec ich nienawiści i resentymentów. Z drugiej strony są islamistyczne grupy terrorystyczne, które mają dokładnie takie same cele jak europejski prawicowy populizm – pragną uniemożliwić zakorzenienie się wieloreligijnych i wielokulturowych społeczeństw w Europie, w których jedną z ważnych grup byłby islam. Ich celem jest podsycanie nienawiści po obu stronach, aby zgasić płomyk tolerancji i przekonać obie strony, że nie mogą żyć razem, a jedynym możliwym scenariuszem jest ich wojna ze sobą. W końcu trzecim graczem są środowiska umiarkowane politycznie, których jedyna szansa na to, aby obecny zwrot nastrojów był tylko epizodem, a nie początkiem nowej ery, polega na porzuceniu mrzonek o zatrzymaniu czy cofnięciu globalizacji i przystosowaniu się do jej dalszych trendów, czyli takim przemodelowaniu polityki gospodarczej i społecznej, aby po stronie zwycięzców globalizacji znalazła się liczebna masa krytyczna europejskich obywateli/wyborców, a pozostałym można było udzielić zwiększonego wsparcia dzięki poprawie wskaźników ekonomicznych. Musiałoby to nastąpić na tyle szybko, aby nie został wcześniej przekroczony pewien point of no return, czy to w sensie politycznym, czy też w sensie pojawienia się niewybaczalnych reperkusji lub aktów przemocy wobec jakichkolwiek grup społecznych.


Przybysze


Ksenofobiczny naszyzm, który kroczy po rząd dusz w Europie – najśmielej zresztą w tej jej części, która islamskiego imigranta chcącego się tam osiedlić nie widziała na oczy, a więc w krajach Grupy Wyszehradzkiej, z Polską na czele – zasadza się na przekonaniu o braku miejsca na islam w Europie, na tezie, że islam jest zjawiskiem pozaeuropejskim. Wielu ludzi nawet zupełnie niepodzielających jakichkolwiek uprzedzeń myśli ciągle tym samym schematem, który zakłada, że muzułmanie są postrzegani jako „goście” na naszym kontynencie, „przybysze”, którzy gdzieś indziej mają „dom”, ale są tutaj „mile widziani”. W epoce pierwszych Gastarbeiterów ten sposób myślenia był zrozumiały i uzasadniony, ale od tamtej pory minęło już sporo czasu. W rodzinach należących do tych grup społecznych rodzi się już czwarte pokolenie. Tymczasem muzułmanie nie są w Europie „gośćmi”, tylko współgospodarzami; nie są „przybyszami”, są tu u siebie; tu mają swój dom i nikt nie ma upoważnienia, aby orzekać, czy są gdzieś mile widziani, czy też nie. Chyba że ma na myśli ten rodzaj emocji, jaką odczuwa, spotykając przed blokiem panią Malinowską spod trójki.


Pogląd o pozaeuropejskim charakterze islamu ma uzasadnienie historyczne (w pewnym momencie chrześcijaństwo przez pogan miało prawo być oceniane tak samo). Jednak poglądem zupełnie fałszywym i opartym na myśleniu życzeniowym jest sugestia, że rezultat wczesnośredniowiecznych wędrówek ludów raz na zawsze określił etniczny aspekt „prawa do terytorium” w Europie. Ten rezultat nie musi być ostateczny, a współcześnie możemy nawet z rosnącym prawdopodobieństwem orzec, że ostateczny nie będzie. Owszem, późniejsze procesy państwotwórcze w miarę ustabilizowały polityczną mapę Europy. Ich granice, ich infrastruktura normatywna i aparat przymusu ustanowiły bariery dla swobody przemieszczania się ludzi. To są jednak bariery sztuczne i jako takie mogą w pewnym momencie okazać się nieskuteczne w oporze przed zjawiskami bardziej naturalnymi. W pierwszej kolejności chodzi tutaj oczywiście o procesy demograficzne. Wywołują one jednak cały szereg skutków ekonomicznych i politycznych. Ludność chrześcijańska i postchrześcijańska, która zamieszkuje Europę od wielu wieków, liczebnie się redukuje, a jej struktura wiekowa ulega przy tym, rzecz jasna, niekorzystnym przeobrażeniom. W tle tych faktów mamy globalną konkurencję ekonomiczną i rozwój technologiczny, który umożliwia szybkie przemieszczanie się informacji i wielkich grup ludzi. Z jednej strony Europa pozostaje atrakcyjnym miejscem do życia także w sensie potencjału uzyskania wysokich dochodów. Z drugiej strony zwijanie się jej, powiedzmy, rdzennej ludności generuje miejsce dla nowych przybyszy i zapotrzebowanie na ich pracę. W końcu istnieje świadomość nieuchronnej klęski państw Europy w sieci globalnej gospodarki, jeśli deficyty w podaży siły roboczej nie zostaną uzupełnione. Inne regiony świata na pewno nie okażą zmiłowania wobec słabnącego kontynentu staruszków. Oznacza to nieuchronność rekonfiguracji ludnościowej Europy, która zresztą w większości jej państw już się rozpoczęła. Opór krajów takich jak Polska przed tym zjawiskiem jest skazany na totalną porażkę. Należy albo porzucić ten opór, albo przygotować się na katastrofę ekonomiczną i nędzę swoich podstarzałych obywateli.


środa, 29 marca 2017, peterliberty

Polecane wpisy

TrackBack
TrackBack w tym blogu jest moderowany. TrackBack URL do wpisu: