Blog > Komentarze do wpisu

Z definicji w mniejszości?

Tekst ukazał się pierwotnie na portalu liberte.pl

*********

 

1.

Ludzie często deklarują, że nie interesuje ich prywatne życie innych – sąsiadów, kolegów z pracy, pani z kiosku z warzywami. Nie wypada deklarować czegoś innego. Wścibskość połączona niechybnie ze skłonnością do plotkarstwa ma od dawna zasłużenie złą prasę. Prawda o nas jest jednak bardziej złożona. Być może za wyjątkiem niektórych miejsc w Wielkiej Brytanii (gdzie staromodny, wigowski zwyczaj każe za punkt honoru wziąć sobie brak jakiejkolwiek wiedzy o sąsiadach), ludzie lubią wiedzieć, kogo mają wokół. Wiedza taka zwiększa ich poczucie bezpieczeństwa i kontroli nad codziennym życiem. Podstawowy poziom bezpieczeństwa zapewnia pewność, że w pobliżu nie czai się nikt potencjalnie niebezpieczny: poszukiwany przestępca, były więzień skazany za czyny z użyciem przemocy, „podejrzany typ”, osoba niestabilna psychicznie, w dzisiejszych czasach niestety uspokaja także brak w okolicy jakichkolwiek przedstawicieli grup etnicznych, z których najczęściej wywodzą się terroryści.

 

Tego rodzaju podstawowy poziom poczucia bezpieczeństwa nie jest jednak wystarczający dla wszystkich ludzi. Niektórzy z nas za konieczny składnik własnego komfortu uważają poczucie swojskości. Czują się dobrze tylko wtedy, gdy wokół nich żyją ludzie do nich bardzo podobni. Najlepiej pochodzący z tego samego narodu, mówiący tym samym językiem (czasem też tym samym regionalnym dialektem), uczęszczający do tego samego kościoła i wykazujący się przy tym podobną żarliwością religijną, podobnie się ubierający, mający podobny status materialny, prezentujący zbliżony styl życia, preferujący podobne środki przemieszczanie się po mieście, podobną wrażliwość ekologiczną, posyłający dzieci do tej samej szkoły – słowem: wyznający podobne wartości i żyjący według podobnych norm. Dla dużej części spośród naszych współobywateli jest to potrzeba ważna. Niekiedy generuje ona postawy wrogości czy ksenofobii. Są one, co prawda, godne pożałowania, ale jednak sam fakt, że ludzie czują się najbezpieczniej w otoczeniu swojskim, nie jest ich winą. Tak zostali ukształtowani w procesie socjalizacji. Zwłaszcza w tak kulturowo homogenicznym społeczeństwie, jak polskie, jest to zjawisko nietrudne do wytłumaczenia i takim pozostanie jeszcze co najmniej przez jedno, kolejne pokolenie.

 

Niedawno w mediach pojawiła się informacja o planowanym w Polsce przez jednego z prywatnych deweloperów osiedlu szeregowych domów jednorodzinnych, na którym zamieszkać będą mogli wyłącznie wierzący katolicy. Już od poprzedniego sezonu letniego znamy promocyjne oferty polskich biur podróży, które gwarantują klientom wypoczynek w hotelach zamieszkałych wyłącznie przez polskich turystów, z niemal wyłącznie polską obsługą. Takie oferty są dla wielu osób atrakcyjne. Polska historia tego zjawiska jest zresztą dużo krótsza aniżeli w wielu innych krajach. W społecznej historii USA doskonale opisane są zjawiska oporu przed pojawieniem się zróżnicowania rasowego w lokalnych społecznościach, który to opór ujawniał się jeszcze całe dekady po zakończeniu epoki segregacji rasowej, w stanach głębokiego południa i bynajmniej nie tylko tam. Nie tylko z USA, ale także z krajów Europy znane się zjawiska polegające na wyborze miejsca zamieszkania przez pryzmat dominujących na danym obszarze preferencji politycznych, a nawet partyjnych.

 

2.

Przeprowadzka w celu zamieszkania w miejscu, gdzie poglądy polityczne otoczenia dają nam swoisty komfort i chronią przed dysonansem związanym z obcowaniem z Innym, to dość radykalne rozwiązanie. Jednak fakt istnienia tego zjawiska pokazuje, jak silną potrzebą bywa swojskość zwyczajów i jednolitość norm. W czasach, gdy ludzie są najczęściej silnie okopani na swoich pozycjach i święcie przekonani, że posiadają Graala politycznej wiedzy, zmiana postawy sąsiada jest o wiele trudniejsza od zmiany adresu. Przy czym jedno i drugie jest znakiem prozelityzmu politycznego i ideologicznego, jakim człowiek pragnie oddziaływać na swoje otoczenie. Jednak ludzie o różnych wrażliwościach społecznych i hierarchiach aksjologicznych w różnym natężeniu ulegają potrzebie prozelityzmu.

 

Czynnikiem decydującym o stopniu zainteresowania prozelityzmem ideowym wydaje się miejsce, w jakim znajduje się dana osoba na osi wartości pomiędzy skrajnym zorientowaniem na wspólnotowość, a skrajnym indywidualizmem. Jest całkowicie jasne, że członek sekty quasi-religijnej, która żyje w separacji od świata (to niekiedy bywają duże wspólnoty, przykładem nieco mniej radykalnym od całkowicie izolujących się sekt są amisze), będzie w większym stopniu domagał się ujednolicenia modelu życia od swoich sąsiadów aniżeli pustelnik (czy też odludek, który z rzadka – ale jednak – w interakcje z innymi ludźmi wchodzi, a najbliższych „sąsiadów” ma w odległości kilkunastu kilometrów). Jednak nawet pomijając w analizie zjawiska tego rodzaju skrajne, nietypowe i rzadko występujące modele życia i koncentrując się tylko na społecznym „trzonie”, różnice w potrzebie prozelityzmu będą dostrzegalne.

 

Ludzie religijni są zazwyczaj zainteresowani prozelityzmem ideowym. Wyraża się to często w formie prowadzonych przez nich rozmów z sąsiadami, w których sugerują, że uważają oni podobne do swojego zaangażowanie religijne sąsiada za rzecz oczywistą, którą wolno im na wstępie założyć, a także wysyłają sygnały, że odpowiedź zwrotna zawierająca informację o innym stanie rzeczy będzie dla nich ciosem lub rozczarowaniem, więc lepiej niechaj pozostanie niewypowiedziana. Prozelityzm jest też typowy dla większości nurtów konserwatywnych (także tych niezwiązanych koniecznie z religijnością), co jest o tyle naturalne, że każda osoba odstępująca od unormowanych np. tradycją zachowań osłabia ich siłę, a zatem stanowi wyzwanie z puntu widzenia realizacji podstawowego celu konserwatyzmu społecznego. Wśród nurtów konserwatywnych silnie nastawionych na prozelityzm ideowy wymienić należy przede wszystkim republikanizm, który nie tylko pragnie strzec tzw. sprawdzonych wartości, ale także oczekuje od obywateli zaangażowania w sprawy wspólne w sposób zgodny ze ściśle określonymi normami i standardami postępowania, gdzie eksperymenty raczej nie są wskazane. (W zasadzie wyjątkiem od ogólnej prozelitycznej skłonności konserwatystów jest wąski dość, środowiskowy nurt tzw. konserwatywnej „arystokracji”, czyli snobistycznego przeżywania swojego wysokiego statusu materialnego przez starszych panów z „klubów dżentelmena” i ich najczęściej rozwydrzonych synów – biografia zarówno Davida Camerona, jak i George’a W. Busha doskonale obrazują to zjawisko).

 

Prozelityzm ideowy nie jest jednak w żadnym razie zjawiskiem ekskluzywnie prawicowym. Także większość ludzi wpisujących się światopoglądowo w normy lewicowe zgłasza oczekiwania pod adresem stylów życia innych osób i ich zmiany. Nie tylko eksperyment znany dzisiaj pod nazwą „socjalizmu realnego” stanowi tutaj kopalnię argumentów. Także lewicowość funkcjonująca na gruncie bezdyskusyjnie demokratycznym żywi pragnienie ujednolicenia postaw. Dotyczy to zarówno starej, tradycyjnej socjaldemokracji, która na każdym etapie swoje funkcjonowania wkładała wielki wysiłek w organizowanie struktur współżycia społecznego dla ludzi pracy, które nie tylko stanowiły infrastrukturę ułatwiająca im byt, ale także były narzędziem ujednolicania światopoglądowego osób angażowanych i kontroli nad ich postawami. Odstępstwa od oficjalnych wartości były poddawane krytyce i spotykały się z reakcją w postaci presji. W dzisiejszych czasach socjaldemokracja stopniowo przeistacza się w ruch o charakterze luźnym. Za to wiele nurtów tzw. nowej lewicy, z ruchami ekologicznym i miejskimi na czele, prowadzi intensywną promocję określonego stylu życia na obszarach wielkomiejskich, gdzie zazwyczaj są one liczebnie najsilniejsze i widzą realne perspektywy zdominowania ideowego całych społeczności lokalnych. Ciekawym przypadkiem są Zieloni, którzy w warstwie deklaratywnej głoszą silne przywiązanie do indywidualizmu. Z przestrzeni wolnego wyboru modelu życia wyłączają oni jednak niektóre obszary, co motywowane jest przesłankami ekologicznymi. Niezależnie od oceny zasadności tej argumentacji nie sposób dostrzec, że ilość obszarów życia, w których jednak odczuwają oni potrzebę ideowego prozelityzmu, z dekady na dekadę rośnie.

 

3.

Tam, gdzie wyżej ceni się wspólnotowość niż indywidualizm, upodobnienie niż oryginalność, przewidywalność niż błysk nowego, standaryzację niż ekscentryzm, bezpieczeństwo niż swobodę, pojedyncze rozwiązanie „eksperckie” niż wybór i eksperymentowanie oraz zwyczajność niż nutę „dziwactwa”, prozelityzm ideowy jest naturalną konsekwencją. Cechą najmocniej odróżniającą liberałów od większości wymienionych powyżej wrażliwości światopoglądowych jest niski poziom tej wewnętrznej potrzeby, aby inni ludzie swoim życiem i zachowaniem świadczyli o tym, że liberalizm jest wspaniały. Przede wszystkim, inaczej niż konserwatyści, wierzący, socjaldemokraci, zieloni czy aktywiści miejscy, liberałowie nie mają do zaproponowania żadnego modelu czy stylu życia, który obwieściliby lepszym od innych i poczęli zachęcać ludzi do funkcjonowania w zgodzie z nim i tylko z nim. W gruncie rzeczy liberałowie mówią, że każdy z zaproponowanych przez inne nurty ideowe stylów życia jest dobry, o ile dany człowiek go uzna za dobry dla siebie i dla siebie tylko wybierze. To dobrze, że konserwatysta żyje w sposób konserwatywny, osoba wierząca w sposób religijny, a postmodernista w sposób świadomy ekologii. Źle byłoby zmuszać konserwatystę do zaangażowania w promowanie rozwiązłości seksualnej, albo Zielonego w krzewienie żarliwości religijnej. Liberałowie głoszący wolność wyboru modelu życia sami wybierają różne modele, czasem ich miksy. Przykładowo autor tego tekstu jest prywatnie konserwatywny, ale po mieście jeździ komunikacją zbiorczą i skrupulatnie segreguje śmieci. Nie wiem, czy to się podoba moim sąsiadom. Jak się nie podoba, to trudno. Moim sąsiadem jest zresztą prominentny polityk PiS, który sam w gazecie mówi o swoim stylu życia, wobec czego wiem, że jest on inny niż mój. Mimo to nie widzę problemu w takim sąsiedztwie. Przeciwnie, chcę, aby on – jak każdy inny – swobodnie wybierał swój styl życia z doprawdy szerokiej palety wyboru. Społeczeństwo powinno składać się z ludzi wybierających różnie, powinno stanowić ciekawą mozaikę. Również w bezpośrednim sąsiedztwie powinni żyć ludzie różni. Takie relacje są ciekawsze, poszerzają horyzonty, czynią nas wszystkich bardziej kreatywnymi, nawet przyczyniają się do większego wzrostu gospodarczego.

 

Liberałowie nie potrzebują do swojego komfortu tego, aby ludzie wokół żyli tak samo, jak oni. Wręcz przeciwnie, dobrze czują się będąc swoistą kulturową mniejszością, o ile tylko nie oznacza to presji, przymusu czy prześladowania zorientowanego na odebranie im wolności wyboru. Zaczynają się nawet czuć nieswojo, gdy ich poglądy stają się modne i bardzo się rozpowszechniają. Gdy co chwilę okazuje się, że są w większości, to zaczynają szukać dziury w całym i kwestionować trafność własnych poglądów. Podejrzewają, że zbyt szeroki poklask dla ich idei może oznaczać, że przeoczyli w nich jakiś srogi, aksjologiczny błąd. W gruncie rzeczy to właśnie dzieje się obecnie, gdy dewastacji ulega dorobek gospodarczego liberalizmu, a wielu zagubionych liberałów i eksliberałów przykłada do niej rękę, pomimo braku jakiegokolwiek kontrprogramu.

 

4.

Rezygnacja z prozelityzmu ideowego osłabia jednak w naturalny sposób potencjał liberałów, jako ruchu politycznego. Już w XIX w. wielu przekonanych europejskich liberałów rezygnowało z aktywności stricte partyjnej formułując pogląd, że liberalizm w gruncie rzeczy nie powinien być partią, która wchodzi w szranki z innymi grupami, ale raczej arbitrem i rozjemcą konfliktów pomiędzy nimi. Stało się inaczej, być może dlatego, że wielu liberałów dostrzegło, że brak własnej potrzeby prozelityzmu nie oznacza, że inne ruchy społeczne zrezygnują ze swoich prozelityzmów. To zaś na dłuższą metę musiało oznaczać, że główny cel liberalizmu – owa wolność wyboru modelu życia przez człowieka – stanie pod znakiem zapytania. Była to oczywiście myśl prorocza, gdy spojrzymy na dzieje XX w., a niestety może znów się prorocza okaże w wieku XXI.

 

W historii i we współczesności niewielu też znajdziemy inspirujących liderów liberalnych. Lider to człowiek przekonany o słuszności swoich wizji i celów, który chce pociągnąć za sobą masy. Jest więc niesiony ideowym prozelityzmem. Liderzy liberalni raczej nie wzywali narodu do podążania ich ścieżką. Woleli zaszczepiać ludziom: odwagę, aby podążać ścieżką własną; umiejętność, aby ścieżkę taką samodzielnie trafnie wybrać; w końcu krytycyzm wobec autorytetów, chcących im ścieżki narzucać. Dla wielu ludzi było to w różnych momentach historii nader skomplikowane wyzwanie. I takim pozostaje także dzisiaj. Oferta liberalna jest i będzie z definicji mniejszościowa, zorientowana na osłabianie presji wspólnotowej i prozelityzmu ideowego, gdy ten prowadzi ludzi i całe społeczności na manowce wymuszonych presją wyborów modelu życia. To oferta ryzykowna dla społeczeństw i nieatrakcyjna dla tych obywateli, którzy święty spokój i konformizm stawiają ponad osobistą sprawczość.



środa, 20 czerwca 2018, peterliberty

Polecane wpisy

TrackBack
TrackBack w tym blogu jest moderowany. TrackBack URL do wpisu:
Komentarze
2018/06/23 15:15:34
Bardzo ciekawy tekst! Nasuwa mi się jednak porównanie z innym Pana wpisem sprzed kilku lat:

liberalnydemokrata.blox.pl/2012/06/Spoleczenstwo-wolne-spontaniczne-homogeniczne.html

Wówczas wydawał się Pan zajmować nieco inne stanowisko, zgodnie z którym liberalizm powinien wyrażać aprobatę wobec społecznej homogeniczności. Symboliczną barierą oddzielającą w tym względzie podejście liberalne od podejścia lewicowego miało być pytanie "czy należy życzyć sobie, aby jednostki, nawet w sytuacji braku przymusu i braku presji społecznej, a więc w sposób samorzutny dokonywały w ramach jednego społeczeństwa relatywnie zbieżnych i podobnych do siebie wyborów sposobu na życie?", przy czym liberalizm miał skłaniać się do odpowiedzi twierdzącej. Społeczeństwo, gdzie sąsiadują ze sobą zbyt mocno odmienne wzorce kulturowe i zachowań, zostało przyrównane do "beczki prochu", która może w końcu wybuchnąć, co doprowadzi do zniszczenia struktur gwarantujących jednostkom wolność.

Chciałoby się więc zapytać: no to jak to w końcu jest z tym liberalizmem? Z punktu widzenia liberała, różnorodność stylów życia jest stymulująca i pozytywna czy uwodzicielska, ale niebezpieczna? Jak bardzo powinniśmy się cieszyć z tego, że konserwatysta żyje w sposób konserwatywny, a "zielony" w sposób świadomy ekologii?

Proszę nie odebrać tego jako próby krytyki, moje zainteresowanie jest szczere. Obszar styku między wolnością jednostki a (nie)jednorodnością norm i oczekiwań społecznych zawsze mnie fascynował, a tamten tekst z 2012 r. wywołał u mnie wiele przemyśleń, więc dobrze go sobie wówczas zapamiętałem. Chętnie dowiedziałbym się, jak właściwie ewoluowało Pańskie spojrzenie na ten problem.
-
2018/06/28 12:57:35
Dziękuję przede wszystkim za zainteresowanie!

Najpierw garść cytatów z tamtego tektu, która pokazuje zbieżność stanowiska z tekstem nowym:

"Z tego powodu liberalizm, stojący na stanowisku wolnego oraz spontanicznego społeczeństwa, będzie wspierał istnienie takiego pluralizmu. Zamiast zabierać głos w debacie o najlepszym społeczeństwie, albo raczej najlepszym wyborze sposobu na życie, będzie stał na straży istnienia samego wyboru. Powstrzyma się od wyrażenia wyraźnej preferencji dla jednych stylów życia i od potępienia innych. Jedynym warunkiem swojej niemal całkowitej tolerancji uczyni zasadę, zgodnie z którą żaden z aktorów nie zamachnie się na istnienie wolności wyboru i pluralizmu szerokiej palety dostępnych opcji. "


"Wizja najlepszego społeczeństwa liberalnego pokrywa się natomiast z wizją społeczeństwa wolnego i spontanicznego, gdzie istnienie prawa wyboru indywidualnego jest czynnikiem kluczowym. Tak więc uprawniona i w równym stopniu zgodna z liberalnym modelem społeczeństwa jest szeroka paleta opcji stylów życia: ascetyczno-religijny, tradycyjno-konserwatywny, wielkomiejsko-konsumpcyjny, mieszczańsko-umiarkowany, kontrkulturowo-alternatywny, społecznie zaangażowany, wspólnotowo-solidarystyczny, libertyńsko-hulaszczy, odizolowany, ultraindywidualistyczny,"

"liberalizm dąży także do zaistnienia społeczeństwa spontanicznego i wolnego realnie, gdzie osłabiana i zwalczana jest presja społeczna, podczas gdy konserwatyzm akceptuje pewne formy tej presji, "

Kluczowym dla poruszonego przez Pana problemu jest chyba ten cytat ze starego tekstu: "Gdy jego heterogeniczność będzie ulegała pogłębianiu może osiągnąć w tym procesie pewien punkt krytyczny, za którym dojdzie do eksplozji konfliktów społecznych, do otwartej wojny pomiędzy różnymi częściami tego społeczeństwa, będącymi w gruncie rzeczy pewnego rodzaju subkulturami, oraz ich koalicjami. Jeśli zaś dojdzie do takiego starcia, a konfliktu nie uda się załagodzić (o co trudno, ponieważ niemożliwym jest kompromis pomiędzy sprzecznymi wartościami, w grę wchodzi tylko powrót do ulotnego modus vivendi), to któraś z jego stron zmarginalizuje drugą. (...) Zwycięzcy wojny kultur mogą zechcieć sięgnąć po przymus, aby swe zwycięstwo w pełni skonsumować i utrwalić."

Kluczowe więc wydaje się wskazanie na ów punkt krytyczny. Spontaniczność jest dla liberqalizmu nieodzwonym efektem wolności. Jeśli kształtuje ona społeczeństwo całkowicie homogeniczne, to nie jest dobrze dla przyszłości wolności wyboru, ani dla ekonomicznej kreatywności, o czym piszę w tekście nowym. Ale jeśli powstanie społeczeństwo tak heterogeniczne, że podział wywoła jego rozpad i głęboką wrogość, to skutkiem może także stać się bój, który zaowocuje utratą wolności przez przegranych w tym boju. Zatem liberalizm powinien oceniać pozytywnie heterogeniczność nieprzekraczającą punktu krytycznego.

Jak piszę więc dalej w tekście starym, liberalizmu "wizją jest społeczeństwo wolne formalnie i realnie, spontaniczne formalnie, ale realnie spontaniczne tylko do pewnego stopnia[?] Liberałowie chcieliby, aby ludzie byli wolni i dokonywali wyborów, pod warunkiem, że będą to wybory mądre, a więc takie, które nie zagrożą w przyszłości stabilności systemu liberalno-demokratycznego i społeczeństwa wolnego."

Zatem nie ma tutaj aprobaty dla homogeniczności, ale jest przestrogą przed heterogenicznością generującą całkowitą obcość i nienawiść.

Serdecznie pozdrawiam!