Blog > Komentarze do wpisu

Polityka w dobie social media

Tekst został pierwotnie opublikowany w kwartalniku "Liberte!", nr XXVIII.

Wzrastanie w siłę przekonań skrajnie prawicowych staje się znakiem naszych czasów. Jeden rzut oka na ekran komputera, na wyniki wyborów, na treść i ton serwisów informacyjnych, na trendy zmiany w debacie publicznej, w końcu niestety także na ulice naszych miast, wystarczy, aby dostrzec, że zakres przyzwolenia na takie postawy znacząco się poszerzył w ciągu ostatnich kilku lat. Spadają stopniowo kolejne maski z twarz ekstremistów. Rzeczy do niedawna nieakceptowane zostają wpuszczone do mainstreamu, postulaty jeszcze o wiele bardziej radykalne pojawiają się na jego pograniczu i są w gotowości. Naturalnie pojawia się pytanie o przyczyny tego zjawiska i jak zwykle wskazać można ich wiele. Niewątpliwie splot różnych czynników wywiera tutaj swój wpływ, a ich napędem jest frustracja szerokich grup społecznych związana z pogorszeniem się realiów ekonomicznych. Ten aspekt zazwyczaj jest kluczowym podglebiem dla wykwitu postaw ekstremistycznych. Jednak w dobie drugiej dekady XXI w. równie kluczowym narzędziem dla upowszechniania się tych postaw stały się internetowe media społecznościowe.



Game changer


Nie powinno to zaskakiwać. Oczywiście, oczekiwania ludzi wobec Internetu były zgoła odmienne. Internet miał ubezpieczać wolność. Jako narzędzie uniwersalnej inkluzji, miał upodmiotowić każdego z nas w debacie publicznej. Każdy, kto chciał, mógł przestać być tylko odbiorcą komunikatów, stojącym bezradnie wobec ucha igielnego, prowadzącego do grona nadawców komunikatów. Dzięki różnym narzędziom sieci, każdy zyskał możliwość stania się nadawcą, z szansą na zdobycie szerokiego wpływu. Media społecznościowe dodatkowo skróciły wirtualny dystans pomiędzy takimi nadawcami a potencjalną publicznością. Są dziś więc oto niewątpliwie narzędziem wręcz idealnie skrojonym dla celu realizowania politycznej propagandy. U nich dotarcie do mas stało się niemal dziecinnie proste. W efekcie jaskrawo wzrosła łatwość formułowania wszelkich możliwych myśli, idei i postulatów. Również takich, których wypowiedzenie we wcześniejszych epokach wiązałoby się z usunięciem delikwenta z głównego placu Aten, zanim zdążył zasiać zamęt, lub puknięciem się w czoło redaktora każdej gazety czy serwisu informacyjnego w radiu lub telewizji, po którym nastąpiłoby wyprowadzenie delikwenta z budynku.



Ekstremiści zawsze dostrzegali szansę w nowinkach technologicznych. Radio było przecież czołowym narzędziem pracy nazistów już blisko 90 lat temu. Jednak radio, telewizja, a nawet internetowe platformy informacyjne, blogosfera czy fora dyskusyjne jakościowo różnią się od mediów społecznościowych. Prowadzenie ilościowo skutecznej propagandy przez wszystkie te poprzednie typy mediów wymagało posiadania wcześniej pewnej bazy (infra)strukturalnej. Żadne niszowe radio, telewizja oglądana przez kilkaset osób czy blog o podobnym zasięgu nie mogły być na tyle skuteczne, aby odegrać istotną rolę w procesach politycznych. Aby mieć duży zasięg przez takie media, trzeba był najpierw posiadać już znaczną bazę poparcia, zatem mogły one służyć tylko do jej dalszej rozbudowy. Media społecznościowe jednak są narzędziem, które umożliwia nawet słabym, niszowym grupkom stopniową, nawet jeśli początkowo mozolną budowę poparcia, ponieważ generują łatwość uzyskania potężnego zasięgu dla komunikatów każdego, pojedynczego użytkownika przez mechanizmy polubień, retweetów itp. W ten sposób dociera się nie tylko do zainteresowanych, którzy aktywnie poszukują określonych treści, ale także do osób, które trafią na nie przypadkowo, a więc potencjalnych nowych rekrutów. W sytuacji opanowania kanałów starego typu przez mainstream, grupy ekstremistyczne postawiły intensywniej niż ktokolwiek inny na te nowe kanały. W efekcie stały się tam dominującą siłą polityczną, budując zrazu wrażenie posiadania większego poparcia niż ich rzeczywisty potencjał. W ten oto sposób, w dziejach zmagań liberalnej demokracji z prawicowym ekstremizmem, media społecznościowe to tzw. game changer.



Duże znaczenie dla takiej roli mediów społecznościowych ma aspekt psychologiczny. Ludzie o poglądach, w różnorakim rozumieniu tego pojęcia, skrajnie prawicowych: rasistowskich, antysemickich, ksenofobicznych, klerykalnych, homofobicznych, opartych na nienawiści wobec konkretnego wyznania czy narodu, lub po prostu uznających stosowanie przemocy za uprawnione działanie polityczne, istnieli zawsze. Na przestrzeni wielu dziesięcioleci od drugiej połowy XX w. liczne badania socjologiczne potwierdzały, że w państwach demokratycznych i zachodnich istnieje dość stała i znacząca grupa ludzi o takich poglądach lub z predylekcją do ich przyjęcia. Jednak na drodze do erupcji publicznych deklaracji wyznawania takiego światopoglądu stały wysokie bariery społeczno-psychologiczne. Ekstremiści świadomi odstręczającej natury swoich uprzedzeń, nie afiszowali się z nimi, uważali je (bardzo zresztą słusznie) za powód do wstydu i usiłowali tłamsić. Niekiedy nawet poczucie winy za własne uprzedzenia oddziaływało na nich do tego stopnia, że zmuszali się do obnoszenia się publicznie z poglądami nieskazitelnie demokratycznymi czy liberalnymi. Obawiali się reakcji sąsiadów, kolegów z pracy, lub jakiegoś ważnego dla nich osobiście, życiowego autorytetu i trzymali język za zębami o swoich prawdziwych poglądach. Wiedzieli przecież, jaki jest społeczny status i – jak sądzili – powszechna ocena światopoglądu skrajnie prawicowego, zwłaszcza w świetle doświadczeń Holokaustu i II wojny światowej. Nie byli świadomi tego, że w wielu przypadkach ich sąsiedzi i koledzy z pracy żywią podobne resentymenty i tak samo się ich wstydzą, sądząc, że stanowią nikły margines.



Powszechny dostęp do nadawania własnych treści w Internecie zmienił to wszystko. Ekstremiści zaczęli publikować, najpierw głównie anonimowo, ostatnio coraz częściej pod nazwiskiem, na szeroko dostępnych platformach. Gdy setki lub tysiące osób poczęły formułować tam poglądy skandaliczne, ksenofobiczne, nietolerancyjne, urągające ludzkiej godności, a wręcz nawet zbrodnicze w skutkach, to podziałało to ośmielająco na chowających się dotąd w szafach ekstremistów. Gdy dzięki mediom społecznościowym wreszcie dostrzegli, że nie są w swoich resentymentach niemalże samotni, tylko – przeciwnie – coraz więcej ludzi podobne opinie wyraża z otwartą przyłbicą, a nawet potrafi je jakoś półracjonalnie uzasadniać, to ich obawy słabły, aby w końcu zniknąć. Ruszyła „kula śniegowa”. W grupie jest przecież raźniej, liczba daje moc, pozbawia poczucia winy, generuje alibi oraz żądanie, aby się z jej poglądami liczyć. To mechanizm podobny do ekshibicjonizmu w sieci. Wstyd znika za sprawą powszechności zjawiska. W jego miejsce wchodzi duma, pewność swoich racji, pycha, bezwzględność, wielka ulga, radość z przynależności do mocnego środowiska podobnych sobie. To musi być niezwykle wyzwalające uczucie. Facebook, Twitter i Instagram wystąpiły w roli zaworów, które można użyć by wypuścić ciśnienie, by ulżyć swoim cierpieniom.



Spirala ekstremizmu


Natura Internetu, jako medium, dodatkowo ułatwia przezwyciężenie oporów, zwłaszcza początkującym aktywistom ekstremizmu. W świecie realnym, gdy dochodzi do wymiany zdań w debacie, dość łatwo są oni podatni na tzw. public shaming, a więc rekonstrukcję warunków sprzyjających wystąpieniu u nich wstydu. Nie jest to trudne zadanie, ponieważ dzieje skrajnej prawicy obfitują w łajdactwa i zbrodnie, które spowodowały krzywdę milionów ludzi. Przekonanie, że jeden człowiek może być gorszy od innego i zasługiwać na nieszczęście, a nawet śmierć, ze względu na pochodzenie, kolor skóry czy wyznanie, jest nie do obrony w jakimkolwiek innym systemie etycznym, co powoduje ustawienie prawicowej ekstremy automatycznie w roli całkowitego outsidera. To właśnie dlatego zwolennicy tego światopoglądu na debaty w „realu” przychodzą grupowo, zachowują się głośno i grubiańsko oraz usiłują zastraszyć innych swoimi minami, fryzurami, krzykami i ubiorem. Uciekają się do tych taktyk z braku mających szanse w dyskusji argumentów. Rekonstrukcja ich poczucia wstydu budzi agresję, w efekcie czego następuje ich odwrót i ucieczka z miejsca debaty, albo – gdy pozwala na to układ liczebny – inny rodzaj ucieczki, mianowicie w agresję fizyczną. Spotkani pojedynczo odmawiają udziału w dyskusji, albo tonują swoją formę wypowiedzi, rezygnując jednak z retoryki agresji i emocjonalnych erupcji.



W Internecie public shaming nie działa. Tam ekran laptopa jest tarczą skutecznie niweczącą pojawianie się autorefleksji. Komentarze pochodzące nie od drugiego człowieka stojącego obok, ale z konta innego użytkownika, łatwo jest zignorować lub wyśmiać. Nie ma tutaj barier psychologicznych przed nieograniczonymi żadnymi zasadami zachowania się w grupie reakcjami na treści innych użytkowników. Nie są oni bowiem postrzegani jako istoty z krwi i kości, tylko jako aktorzy na wirtualnej scenie, którzy usiłują popsuć propagandową pracę uprawianą na społecznościowych profilach przed podpinanie osłabiających jej wyraz komentarzy lub psucie bilansu negatywnymi reakcjami. Tego rodzaju wroga działalność zasługuje na walkę wszelkimi dostępnymi środkami. To środowisko „debaty”, które jest w najwyższym stopniu sformatowane zgodnie z oczekiwaniami użytkowników charakteryzujących się postawami ekstremistycznymi.



W bańce ideologicznej


Media społecznościowe funkcjonują tak, jakby były idealnie skrojone pod potrzeby rekrutacyjne skrajnych ruchów politycznych. Stosowane tam algorytmy pełnią rolę filtrów, które dopuszczają do użytkowników w znacznej liczbie treści polityczne zgodne z ich wcześniej ujawnionymi preferencjami, a zatem wzmacniające już istniejące przekonania i postawy. Równocześnie algorytmy te utrudniają dostęp na timeline użytkownika materiałom, które stanowiłyby dla niego światopoglądową kontrpropozycję, zawierały kontrargumenty, być może miały szanse skłonić go do autorefleksji. Użytkownicy m.in. Facebooka zostają więc zamknięci przezeń w swoistych, ideologicznie poszufladkowanych bańkach. W ich wnętrzu „debata” przestaje odzwierciedlać realny rozkład poglądów na problemy kraju, a staje się „komorą echa” (echo chamber), gdzie wszyscy mówią głównie do już przekonanych. O problemie tych algorytmów wiele już napisano w kontekście zwalczania tzw. fake newsów, manipulowania wynikami wyborów czy też niszczenia kultury debaty publicznej poprzez odcinanie się od argumentów tzw. drugiej strony. Jednak ideologiczne bańki generują jeszcze inne niebezpieczeństwo.



Internet został odkryty, jako pole ostrego sporu ideologicznego i politycznego, na wiele lat przed epoką mediów społecznościowych z ich algorytmami i bańkami. Użytkownicy różnych forów dyskusyjnych przyzwyczaili się używać w sieci ostrych argumentów, ze względu na wspomniane zabezpieczenie przed poczuciem wstydu. Bańki mediów społecznościowych ograniczają jednak internetowym „drapieżcom” stopniowo dostęp do potencjalnych „ofiar”. Filtrując użytkowników i treści od siebie, powodują, że rzadziej niż kiedyś napotyka się w sieci ludzi o znienawidzonym światopoglądzie, którym można by „dołożyć”. To zwłaszcza przypadek Twittera, gdzie opcja blokowania jest używana bardzo szeroko, tak że coraz częściej zarówno rzeczowe argumenty, jak i zjadliwy trolling nie docierają do adresatów z drugiej strony barykady. Co pozostaje tym, którzy są przyzwyczajeni do „konkurowania” w dyscyplinie politycznej propagandy internetowej, gdy czytają ich tylko podobnie myślący? Tylko konkurowanie z nimi na ekstremizm. Wygrywa ten, kto dany pogląd podzielany przez wszystkich w jego bańce przedstawi w sposób najbardziej radykalny, najbardziej wulgarny, najbardziej nienawistny, najbardziej agresywny, a niekiedy wręcz najbardziej groteskowy i absurdalny. To on zyska najwięcej fanów, „przyjaciół”, followersów, like’ów i retweetów.



Nie trzeba dodawać, że w sytuacji, gdy największy ekstremizm nagradza autora największą popularnością, także bierni odbiorcy coraz bardziej ekstremalnych treści publikowanych w mediach społecznościowych ulegają radykalizacji. W przypadku bańki skrajnej prawicy oznacza to, że wahający się zostaną lojalnymi wyznawcami, lojalni wyznawcy zostaną gotowymi do boju aktywistami, zaś gotowi do boju aktywiści przeistoczą się w potencjalnie niebezpiecznych ludzi, gotowych wyrządzić krzywdę drugiemu człowiekowi. Tego rodzaju „kultura” debaty w Internecie powoduje także, że wyznawcami ekstremistycznej ideologii zostają nawet ludzie o wcześniej umiarkowanych poglądach, którzy w pewnym momencie postanowili publikować skrajne, upolitycznione treści w celach zupełnie pozapolitycznych, choć także zdrożnych, jak np. prześladowanie w Internecie konkretnej osoby.



Z sieci do „reala”


Celom propagandy ekstremistycznej sprzyja także radykalne skrócenie czasu przykuwania uwagi przeciętnego czytelnika przez komunikaty internetowe. Sieci społecznościowe uczyniły tutaj kolejny krok w stosunku do serwisów telewizji informacyjnych i takowych portali internetowych. Im krótszy przekaz, tym większa jego szansa na dużą publiczność, na stanie się viralem. Długie teksty są passé (także i ten przeczyta ograniczona liczba osób), passé jest głęboka debata o fundamentach idei i cywilizacji. Jest jeszcze gorzej – dzisiaj nawet zwiększenie limitu znaków tweeta ze 140 na 280 budzi u wielu furię i pojawienie się argumentu, że będą za długie, aby je czytać. Ale nie tylko zwięzłość się liczy. W przestrzeni „debaty” politycznej istotna jest także czytelność, jaskrawość i jasny podział na czerń i biel. Nie ma tutaj pola do niuansowania, wyważania, hamletyzowania, analizy „za” i „przeciw”. Jest zupełnie oczywistym, że kreowanie takich przekazów siłom ekstremistycznym, których światopogląd jest jednowymiarowy i prosty jak konstrukcja cepa, przychodzi z o wiele większą łatwością aniżeli ludziom z różnych nurtów mainstreamu, dzielących chętnie włos na czworo.



Prostota przekazu współgra z szybkością rozprzestrzeniania treści przez nowoczesne media. W przeszłości postawało wiele ekstremistycznych ruchów politycznych, z których wiele pragnęło rewolucyjnie zmienić cały świat. Kilka zdążyły wyrządzić wiele szkód, gdyż zdobyły władzę, zanim zadziałał naturalny proces stępiania ich filozofii związany z upływem czasu i oddziaływaniem moderujących nacisków ze strony większości społecznych. Takie procesy jednak zachodziły w sposób naturalny i w czasach, gdy media oddziaływały powolnie, a zdobywanie popleczników przez rewolucjonistów musiało trwać wiele lat, ich ruchy często traciły impet ideologiczny i zostawały wchłonięte w zarodku. Przy dzisiejszej technologii jest to całkowicie niemożliwe. Prędkość rozpowszechniania ekstremistycznych komunikatów oraz proces ich radykalizacji będzie już zawsze szybszy aniżeli procesy takiego społecznego „upupiania”.



Ostatnim elementem ułatwiającym ekstremistom kształtowanie rzeczywistości poprzez media społecznościowe jest spillover effect. To „wylewanie” się treści stamtąd do świata zewnętrznego jest oczywistym faktem. Prezydent USA komunikuje się ze światem przez Twittera, a nie przez orędzia do narodu. Niemal każdy jego tweet jest tematem dnia amerykańskich mediów, czasami także np. macedońskich. Również polskie programy informacyjne w głównych telewizjach bardzo często jednym z tematów dnia czynią wymianę zdań polityków na Twitterze lub Facebooku. Ich publikowane tam wypowiedzi są wielokrotnie powielane i docierają do opinii publicznej. Pojawiają się poglądy, że osoby publiczne nie mają prawa blokować swoich kont obywatelom – za tak ważny kanał wiedzy o polityce media społecznościowe zostały uznane.



Skoro wiadomości z aktywności na Twitterze dominują w poważnych serwisach informacyjnych, to w naturalny sposób rodzi zainteresowanie nimi u wielu dotąd stojących z boku obywateli. Wkraczają oni wówczas w świat zdominowany przez treści ekstremistów, niektórzy pozwalają się im zainspirować i zafascynować. Ogólna tendencja zmierzająca w kierunku większego przyzwolenia na coraz bardziej radykalne poglądy i ewolucja zachowań w Internecie w tym kierunku niechybnie zwiększa odwagę otwartego występowania także w świecie rzeczywistym. To ostatnie ogniwo procesu. Normalizacja ekstremizmu, jako jednej ze zwykłych opcji wyboru w palecie politycznych nurtów, zaczyna się sieci, przetacza do tradycyjnych mediów, a w końcu wychodzi w świat. Nauka pobrana w mediach społecznościowych nie idzie w las. Na ulicy także „w kupie siła”. Organizuje się wielkie marsze, jak w Warszawie co roku 11 listopada, aby obniżyć ludziom psychologiczną barierę przyznania się do skrajnych poglądów także poza siecią. Stopniowo odkrywa się kolejne karty, najpierw wszystko maskując niewinną kartą „patriotyzmu”, aby w kolejnych latach częściej mówić o „nacjonalizmie”, i raz po raz wypuszczać balony próbne np. antysemityzmu („judeosceptyzcym”) i rasizmu („rasowy separatyzm”).



Stop! Ale jak?


Wymienione powyżej zjawiska zdają się być spełnieniem przepowiedni Platona, iż każda demokracja jest skazana skończyć jako tyrania. Czy postęp technologiczny w zakresie informacji niechybnie, jak chce John Grey, doprowadzi ludzi znowu do zniewolenia, nieszczęścia i zbrodni? To wydaje się coraz bardziej prawdopodobne. Donald Trump wcale nie musi być (i zapewne nie jest) tym ultymatywnym tyranem, którego tak się obawiamy, ale tylko nieśmiałą zapowiedzą zjawiska, które objawi się w pełni dopiera za kolejnymi dwoma zakrętami dziejów. Jak temu zapobiec? Czy przeistoczymy nasze państwa w konstrukcje przypominające poniekąd współczesne kraje arabskie, gdzie demokratycznie rządzić będzie mogła tylko ekstrema, a alternatywą stanie się pilnujący pewnego zakresu osobistej wolności obywatela półdemokratyczny reżim oparty na postępowym wojsku?



To dobre pytanie, ale na inną okazję. Tutaj zarysowuje się inne pytanie, dotyczące przyszłości mediów społecznościowych. Co zrobić, aby przestały one – mimochodem – pomagać prawicowym ekstremistom w zdobywaniu zwolenników, a w przyszłości władzy?



Wyjściem najbardziej oczywistym jest cenzura treści. Cenzura prewencyjna jest z gruntu obca przekonaniom liberalnym, w dodatku trudna do zrealizowania. Algorytmy są nadal wadliwe, a oddanie decyzji cenzorskich ludziom automatycznie oznacza arbitralność i pojawienie się zarzutów o pogwałcenie wolności słowa, zarówno wtedy, gdy będą to pracownicy korporacji opierający się na odgórnych wytycznych, jak i wtedy, gdy będzie to oparcie się na fakcie zgłoszenia danej treści do moderacji przez wielu użytkowników (oni także mają określone poglądy, a takie zorganizowane akcje dodatkowo zwykle najlepiej wychodzą zdyscyplinowanym środowiskom ekstremistycznym). Oddanie tego jednak rządom i ustawom poszczególnych państw także nie rozwiązuje sprawy. Z jednej strony, z praktycznego punktu widzenia, nie jest możliwym, aby Facebook i Twitter równocześnie uwzględniały różne prawne reguły w prawie 200 państwach świata. Co ma być kryterium usuwania danego postu w oparciu o prawo polskie, a nie francuskie? Język, w jakim post został napisany? Serio? W dobie translatora Google? Z drugiej strony jest też obawa stricte polityczna. Za określanie zasad cenzorskich w mediach społecznościowych chcą zabierać się rządy państw autorytarnych (niektóre już to robią, ale całkowite blokowanie mediów społecznościowych w danym kraju to co innego, niż selektywne oddziaływanie na treść timeline’ów odbieranych przez obywateli), a także takie rządy jak polski, gdzie pojawia się obawa, że ustawa będzie chronić przed cenzurą posty tylko prawicowe i niektóre skrajnie prawicowe i w ten sposób dodatkowo manipulować Facebookiem, jako narzędziem propagandy politycznej.



Jednak przy cenzurze prewencyjnej, polegającej na całkowitym blokowaniu treści nie może być mowy o zachowaniu wolności słowa. Dziecko, które tutaj może zostać wylane z kąpielą, to możliwość korzystania przez te kanały przez grupy opozycyjne w państwach autorytarnych. Media społecznościowe muszą oprzeć się tego rodzaju naciskom ze strony polityków. Czymś innym byłoby jednak uznanie, że ich własne algorytmy także stały się formą cenzury. Dlaczego wolno algorytmom umacniać wybory polityczne użytkowników, ale nie wolno ułatwiać im zmiany tych wyborów? To też jest cenzura. Może ja kiedyś będę podświadomie chciał zostać socjaldemokratą lub konserwatystą, a niedopuszczenie przez algorytm do mnie tego jednego, wyśmienitego tekstu, który by mnie przekonał, będzie kluczową przesłanką, która temu zapobiegnie. Czy w ten sposób moja wolność dostępu do informacji nie zostanie naruszona?



Pewnym rozwiązaniem byłaby modyfikacja algorytmów. Korporacje zarządzające największymi mediami społecznościowymi mogłyby włączyć się w proces prowadzenia edukacji antyekstremistycznej. Doświadczenia programów wychowawczych pokazują spore, pozytywne rezultaty organizowania spotkań np. z ludźmi którzy przeżyli wojnę, Holokaust, padli ofiarą przemocy motywowanej rasowo. Być może, z czasem, dostarczanie treści o krzywdach ludzkich, będących pokłosiem postaw skrajnie prawicowych i skrajnie lewicowych, na timeline osób swoim zachowaniem w sieci manifestujących sympatie dla takich przekonań przyniosłoby podobne skutki? Algorytmy powinny, w sposób początkowo nie za bardzo nachalny, wyprowadzać użytkowników z baniek ideologicznych. Oczywiście, żadna korporacja nie może ryzykować buntu dużej grupy użytkowników/klientów, którzy mogliby kiedyś w końcu, w zorganizowany sposób, polikwidować swoje profile i przenieść się na alternatywny Facebook. Jednak pewne podsyłanie kontrargumentów politycznych, tak aby ściany baniek stały się sitem, dobrze zrobiłoby internautom. I to nie tylko tym o skrajnych poglądach. Wszyscy użytkownicy Internetu, ale zwłaszcza ci młodzi, wchodzący w dorosłe życie i najbardziej narażeni na jad ekstremistów, potrzebują umiejętności rozpoznawania manipulanckiej propagandy i stania się krytycznymi konsumentami informacji. To zadanie dla szkół, ale także dla samych mediów społecznościowych, w ramach społecznej odpowiedzialności biznesu.



W ostatecznym rozrachunku, trzeba też pewnego nieformalnego porozumienia pomiędzy zarządami korporacji prowadzących globalne media społecznościowe a politycznym mainstreamem, nadal reprezentowanym przez istotną część wpływowych rządów państw świata. Te korporacje także nie powinny być zainteresowane przemianami politycznymi, które doprowadzą do seryjnego upadku liberalnych demokracji i wyrastania jak grzyby po deszczu skrajnie prawicowych dyktatur, ani tym bardziej konfliktem zbrojnym na większą skalę. Czysto utylitarnie patrząc, ani wprowadzenie w nowych dyktaturach ograniczeń lub zakazów dla ich biznesów, ani utrata setek tysięcy potencjalnych użytkowników wskutek wojen nie jest im na rękę. Jednego bowiem można być pewnym. Tam, gdzie siły skrajnej prawicy, wzmocnione mechanizmami oddziaływania mediów społecznościowych, dojdą do władzy, w ramach którejś z pierwszych decyzji poddadzą te media swojej całkowitej kontroli lub je zlikwidują. Stanowiące esencję funkcjonowania tych koncernów zadanie wczesnego rozpoznawania trendów nie powinno pominąć takiej ewentualności.


czwartek, 13 września 2018, peterliberty

Polecane wpisy

TrackBack
TrackBack w tym blogu jest moderowany. TrackBack URL do wpisu:
Komentarze
2018/09/19 12:32:40
social media to klucz do pozyskiwania elektoratu