Blog > Komentarze do wpisu

Empatia nie jest na rozkaz

Tekst został pierwotnie opublikowany w październiku 2018 na łamach "Gazety Wyborczej".Jest polemiką z tekstem "Utracona miłość bliźniego" Wawrzyńca Smoczyńskiego. (http://wyborcza.pl/7,75968,23995682,iiirp-rozsypala-sie-kilka-lat-przed-wygrana-pis-trzeba-sie.html)

W „Gazecie Wyborczej” ze środy, 3 października, ukazał się artykuł Wawrzyńca Smoczyńskiego pt. „Utracona miłość bliźniego”. To zawierający ciekawe uwagi tekst, który wymaga jednak polemicznej odpowiedzi, nie tyle z zupełnie przeciwnego, co z innego i uzupełniającego obraz punktu widzenia.

 

Smoczyński pisze, iż po roku 1989 doświadczyliśmy rewolucyjnej zmiany gospodarczej o nadmiernym tempie, wskutek której wiele miast, grup zawodowych i rodzin w Polsce utraciło nadzieje na przyszłość i doświadczyło traumy, a nawet „żalu po znikającym świecie” Polski ludowej. Reformy ekonomiczne Leszka Balcerowicza miały wręcz być „destrukcyjne dla zastanego ładu” końcówki PRL. Współczesne niezadowolenie społeczne, które wyniosło do władzy partię o profilu PiS, jest w rezultacie bezpośrednim skutkiem recepcji ówczesnych przemian, a poddanie ich kompleksowej krytyce warunkiem powrotu Polski do modelu demokracji liberalnej. Te tezy nie są pozbawione zasadności w płaszczyźnie analizy niektórych wątków narracyjnych naszej debaty publicznej, polegających na kreowaniu winnych, napędzaniu określonych społecznych procesów i zbijaniu w ten sposób politycznego kapitału. Jednak są bardzo niekompletne w płaszczyźnie odtwarzania realnego obrazu przyczynowo-skutkowego aktualnego kryzysu polskiej demokracji.

 

Konflikt o cele socjalne nie jest dzisiaj istotą głębokich podziałów politycznych w Polsce i nie jest ich głównym paliwem napędowym (gdyby był, lewica nie byłby w stanie zaniku). Jest tyko elementem, który został w zasadniczą treść tego konfliktu umiejętnie wpleciony przez partię władzy, dla której stanowi zresztą instrumentalnie wykorzystywany, trzeciorzędny problem. Konflikt polityczny Polaków ma charakter globalnego konfliktu tożsamościowego i nie jest w najmniejszym stopniu oryginalny w skali świata. Podobnych zjawisk doświadcza obecnie większość zachodnich demokracji liberalnych, gdzie nasila się spór pomiędzy postawami otwartości na świat, na idee integracji i globalizacji, zorientowania na wolność indywidualną i akceptacji elementu ryzyka w procesach gospodarczych z postawami zamkniętości, nacjonalizmu, pragnienia przeżywania wspólnoty w atmosferze swojskości i zorientowania na realizację potrzeby bezpieczeństwa dostarczanej przez opiekę państwa. Większość spośród krajów obserwujących aktualnie narastanie tego konfliktu nie doświadczyła w swojej historii żadnej transformacji od socjalizmu do kapitalizmu. Polskie doświadczenia idealnie wpisują się zatem w trend globalny, będąc tylko dekoracyjnie uzupełnianie przez koloryt naszej specyfiki, gdzie istotnym orężem w sporze staje się odruch godnościowo-patriotyczny, tendencja do wykluczania drugiego ze wspólnoty narodowej oraz napięcia związane z położeniem kraju z jednej strony na pograniczu kręgów cywilizacyjnych, zaś z drugiej strony na peryferiach.

 

Patrząc z drugiej strony

Tempo polskich przemian gospodarczych lat 1989-91 można naturalnie krytykować, podnosząc trafny i znajdujący się poza dyskusją argument wysokich kosztów społecznych. Jednak ten obraz nie może zostać uznany za właściwie nakreślony, jeśli nie porusza się tematu kosztów ewentualnej alternatywnej strategii, zaś winę za konsekwencje ówczesnych reform lokalizuje się w sposób jednak wysoce niesprawiedliwy.

 

Winy za upadek miast i utracone nadzieje rodzin oraz grup zawodowych nie ponoszą ludzie, którzy w roku 1989 podjęli wyzwanie ratowania zgliszcz polskiego państwa i polskiej gospodarki (nie było wielu chętnych do tej pracy, co warto tutaj zaznaczyć). Winę za ówczesne klęski ponoszą ci, którzy kraj do ruiny doprowadzili przed 1989 r. To powinno być oczywiste, ale wydaje się za rzadko formułowane w jasnych słowach. Trzeba o tym pisać częściej zwłaszcza dlatego, że wielu dzisiejszych, wygodnych krytyków transformacji ustrojowej (nie dotyczy to jednak samego Wawrzyńca Smoczyńskiego) jest równocześnie admiratorami socjalistycznych idei, które w swojej – na skutek naturalnych dla socjalizmu procesów – zdegenerowanej formie do tamtej ruiny Polskę doprowadziły. Zbyt często powstaje bowiem wrażenie, że nadzieją dla Polski dziś jest odrzucenie dorobku Balcerowicza, Mazowieckiego, Buzka oraz Tuska i powrót do mlekiem i miodem płynącej idylli czasów Messnera i Rakowskiego. Wystarczy poczytać wiadomości płynące dzisiaj z Wenezueli, aby dostrzec prawdziwe źródło tych ludzkich dramatów. Socjalizm, prędzej czy później, kończy tak samo, a winy za jego inherentne błędy nie ponoszą jego likwidatorzy, tylko jego promotorzy i realizatorzy.

 

Smoczyński krytykuje wysokie tempo reform gospodarczych u progu III RP. Nie porusza jednak zupełnie problemu kosztów alternatywnej strategii, czyli powolnych działań, jakoby z góry zakładając, że zamortyzowane, stopniowe przejście do mechanizmów rynkowych spowodowałoby koszty niższe. To karkołomne założenie. Polska w 1989 r. była bankrutem z hiperinflacją. Te dwa fakty wyznaczały bardzo wąskie ramy dla jakiegokolwiek politycznego działania. Dług publiczny wykluczał wypłatę w realnym pieniądzu wysokich odszkodowań osobom tracącym pracę w nierentownych od lat, możliwych do utrzymania tylko w realiach księżycowej ekonomii, zakładach pracy. Inflacja natomiast wymuszała właśnie wysokie tempo zmian. Polityczne skutki przyjęcia strategii niskiego tempa byłyby bowiem fatalne. Trwanie wysokiej inflacji doprowadziłoby do erupcji protestów społecznych na długo przed zakończeniem spowolnionego procesu przemian. Zatrzasnęłoby się z hukiem nasze window of opportunity. Na taką szansę od samego początku III RP czekały, niczym sępy, polskie „Mecziary” tamtych czasów, najpierw Stan Tymiński, zaraz potem Andrzej Lepper, Zygmunt Wrzodak i wielu innych. W pełnym obrazie oceny ówczesnych decyzji muszą się znaleźć wątki ryzyka politycznego oraz odpowiedzialności za los państwa. Ryzyko było znacznie wyższe przy niskim tempie przemian i doskonale wtedy rozumiał to także Jarosław Kaczyński. Gdyby któryś z polskich „Mecziarów” przejął władzę np. w 1991 r., to nadzieje na lepszą przyszłość zostałyby pogrzebane. Być może nawet raz na zawsze.

 

Pieniądze i aspiracje

Łatwo jest postawić psychologiczną tezę o dziedziczności traumy przez kolejne pokolenia i uprościć analizę, winą za całą współczesną frustrację obarczając zrealizowany model transformacji ustrojowej sprzed 30 lat. Ale nie wydaje się to trafne. W ciągu tych 30 lat narosły inne powody frustracji, a jednym z jej naczelnych źródeł jest zbyt niska siła nabywcza płac w Polsce przy ich obecnym poziomie oraz zbyt niskie tempo redukowania dystansu pomiędzy Polską a krajami zachodniej Europy, jeśli chodzi o poziom życia. To w pewnym momencie zaczęło być rzeczywistością poniżej naszych aspiracji i zaczęło boleśnie uderzać w polską narodową godność. Sugestia, jakoby te problemy były dzisiaj mniej nabrzmiałe, gdyby w 1989 r. zdecydowano się na powolne reformy gospodarki, na odkładanie w czasie trudnych decyzji (swoiste prowadzenie polityki „ciepłej wody w kranie” w czasach, gdy – w przenośni – często były tylko studnie), na sztuczne utrzymywanie na kroplówce zbankrutowanych państwowych zakładów, musi w istocie zdumiewać. Byłoby dokładnie odwrotnie. Zasięg frustracji byłby o wiele szerszy, ludzi sukcesu o wiele mniej, a przegranych transformacji o wiele więcej, siła gniewu bez porównania większa. Ze wspomnianymi wcześniej konsekwencjami politycznymi. Klęska reform i sukces polskiego „Mecziara” zamknęłyby Polsce drogę do szybkiej integracji z NATO, co najmniej opóźniłyby akcesję do UE. Ze wszystkimi tego konsekwencjami: inwestycyjnymi, społecznymi, cywilizacyjnymi, a także geopolitycznymi.

 

Być może o tym się dziś już nie pamięta, ale obecne pogorszenie nastrojów społecznych nie jest pierwszym w Polsce demokratycznej. Obserwowaliśmy je i w latach 90-tych, gdy rządy solidarnościowe wymiótł SLD obiecujący wstrzymanie reform. Obserwowaliśmy je po roku 2000, gdy poparcie dla Samoobrony sięgało ponad 30%, a okładki tygodników ostrzegały przed marszem Leppera do władzy, stylizując go na Adolfa Hitlera. Wejście do Unii chwilę potem i pojawienie się dopłat dla rolników zabiło Samoobronę w ciągu dwóch lat. Co, gdyby Polska do Unii wtedy nie weszła, bo tempo reform i budowy nowego państwa byłoby wolniejsze? Dzisiaj istotnym powodem frustracji obywateli są przywileje ludzi władzy, którzy dostają wysokopłatne posady w spółkach skarbu państwa. Tu też pojawia się pytanie, czy winne temu jest zbyt wysokie tempo reform, czy może raczej tempo zbyt niskie i ich niedokończenie, w tym przypadku w zakresie prywatyzacji?

 

Polska w trakcie swojego odbudowy gospodarczej ostatnich 25-30 lat znalazła się w pułapce średniego rozwoju. To ona, nie wysokie tempo transformacji, jest najbardziej winna niezaspokojonym aspiracjom i frustracji wielu Polek i Polaków. Polska polityka przespała moment na przestawienie tzw. wajchy z modelu przyciągania inwestycji relatywnie tanią siłą roboczą, acz bezpiecznym rynkiem wchodzącym do UE i przyjmującym acquis communautaire, na model gospodarki z własnym potencjałem innowacyjnym, przyciągającym inwestorów doskonale wykształconą siłą roboczą, która jest tylko (ale jednak) kapkę tańsza niż w Niemczech. Pierwszy z modeli pozwalał do 2008 r. politykom trąbić o swoich sukcesach w postaci spadku bezrobocia i wzrostu PKB, a co za tym idzie także cieszyć się z wyższych wpływów podatkowych, które można było wydawać na najróżniejsze świadczenia socjalne. Przejście na drugi model wymagało zaś wysiłku intelektualnego, długofalowego planowania wykraczającego poza horyzont kadencji Sejmu, nie dawało żadnej gwarancji medialnego sukcesu, a generowało koszty w postaci inwestycji w personel analityczny, w politykę wspomagania innowacji, w szkoły, uczelnie wyższe, dualne modele kształcenia, itp. Innymi słowy wiązało się z nim wszystko to, czego politycy nie lubią najbardziej. Optymalny moment przestawienia wajchy minął, ale Polacy nadal mieli pracować – jak to ujął premier Mateusz Morawiecki – za „miskę ryżu” i całymi latami na umowie cywilno-prawnej. Ludzie mogli to akceptować tylko do czasu. Ten czas minął. Politycy wszystkich partii nie chcieli lub nie potrafili tego dostrzec. Może za wyjątkiem Michała Boniego i Jerzego Hausnera.

 

Państwo nie uczy kochać

Najbardziej trafnie Wawrzyniec Smoczyński pisze nie tyle o historii III RP, politycznych skutkach czy realiach ekonomicznych, co o ludziach. O nas. Ma niestety pełną rację wtedy, gdy zarzuca nam wszystkim utratę empatii, czy nawet miłości bliźniego. To realistyczna ocena. Oczywiście, mamy Wielką Orkiestrę Świątecznej Pomocy, Polską Akcję Humanitarną, Fundację „Zdążyć z Pomocą”, potrafimy zakasać rękawy, gdy niektórych z nas dotknie powódź, albo nawałnica. Ale przyznajmy, to w pewnym sensie „odświętne” postawy. Gdybyśmy byli inni w szarej codzienności, może nasza społeczność lepiej zamortyzowałaby konieczne w mojej ocenie, szybkie tempo walki z inflacją u progu III RP? Pozostaje jednak pytanie, co z tego wynika. Ja nie wierzę, że polityka państwa może zadekretować empatię międzyludzką, albo że można jej nauczyć obywateli, „tresując” ich szczodrą polityką socjalną i wysokimi podatkami. Brak dobrowolności w udzielaniu wsparcia za pośrednictwem państwa skazuje taki zamysł na niechybną porażkę. To państwo, jego forma i dobór realizowanych celów, jest pochodną kształtu wyobrażeń społecznych o wspólnotowym wymiarze życia. Nie odwrotnie. Innymi słowy to nie tak chętnie krytykowane „elity III RP” są winne naszemu deficytowi empatyczności, nie plan Balcerowicza, tylko my sami. A jeśli nam z tym wnioskiem źle, to przyznajmy, że jakaś część winy spada właśnie na „elity” wrogie III RP, które swój obecny sukces polityczny budują na pogłębianiu podziałów, potęgowaniu gniewu, podsycaniu frustracji, a nade wszystko na przyzwoleniu na to, że Polak w Polaku widzi wroga, zdrajcę i mordercę. W takich warunkach zaiste trudno o empatię. Może też trauma, którą dziedziczymy, sięga nie tyle roku 1989, co lat 2005-18, ze wskazaniem zwłaszcza na rok 2010?



wtorek, 26 lutego 2019, peterliberty

Polecane wpisy

TrackBack
TrackBack w tym blogu jest moderowany. TrackBack URL do wpisu: