Blog > Komentarze do wpisu

Stan Polski 100 lat po Naczelniku

Tekst - w skróconej wersji - został opublikowany na łamach "Gazety Wyborczej" kilka dni przez 11 listopada i obchodami stulecia niepodległości Polski, pt. "Jaka Polska, takie obchody".

Obchody setnej rocznicy odzyskania niepodległości są tuż przed nami. Dzień ten okazuje się niezwykle cenną okazją. Nie stanie się on oczywiście żadnym momentem przełomowym, w którym doświadczenie wspólnoty i razem przeżywanej radości z pięknego jubileuszu pozwoliłoby obniżyć temperaturę toczącego się w naszym kraju politycznego konfliktu. Nie stanie się niestety raczej nawet ładnym wspomnieniem, żadną chwilą, która swoją wyjątkowością i podniosłością zapada w kolektywną pamięć. Ale 11 listopada 2018 r. będzie dniem cennym, ponieważ w sposób niezwykle dobitny pokaże nam stan polskiego państwa z jednej, a polskiej wspólnoty narodowej z drugiej strony.

 

Na przygotowanie uroczystości związanych z setną rocznicą niepodległości rząd przeznaczył ponad 200 mln złotych. Naturalnie część projektów przygotowanych w ramach tego programu miała być realizowana w sposób ciągły, czyli rozpocząć się przed lub trwać po Święcie Niepodległości. Niemniej jednak, obywatele słysząc o takiej sumie mieli prawo wierzyć, że oficjalne obchody święta będą w tym roku doskonale zorganizowane, a państwo stworzy obywatelom wyjątkową przestrzeń do przeżywania tego historycznego dnia. Oczywiście tu i ówdzie coś się odbędzie (jak Koncert Niepodległości w Muzeum Powstania Warszawskiego). Jednak państwo w zasadzie bez walki poniesie porażkę w zakresie nadania świętu swojego tonu. Żadne oficjalne uroczystości nie odsuną w cień – pomimo wielkich nakładów finansowych – tzw. marszu niepodległości, organizowanego, jak co roku, przez środowiska skrajnej prawicy.

 

Rząd PiS i prezydent Andrzej Duda skapitulowali tutaj już na wstępie. Chociaż przez ostatnie 3 lata władza pokazała, że bardzo sprawnie potrafi pacyfikować zgromadzenia publiczne organizowane przez opozycję, to w tym przypadku nie podjęła żadnej próby odebrania 11 listopada skrajnym nacjonalistom, nawet na ten jeden rok. Zamiast tego prezydent najpierw zaprosił polityków opozycji na wspólny udział w tym właśnie marszu, na którym co rok powiewają zielone flagi ONR, łopoczą banery z symboliką ocierającą się faszyzm, goszczą prominentni działacze zagranicznych partii faszystowskich, a na banerach figurują hasła rasistowskie. Gdy zaś się dowiedział od organizatorów marszu, że nie są oni skłonni na jego prośbę przez tych kilka godzin poudawać ludzi o umiarkowanych poglądach i pomaszerować tym razem wyłącznie pod biało-czerwonym sztandarem, to ogłosił, że sam na marsz nie przyjdzie. Głowa państwa polskiego i przodujący w rankingach zaufania polityk wystąpił w roli petenta wobec mających śladowe poparcie społeczne ekstremistycznych grupek i został odprawiony z kwitkiem. W efekcie w setną rocznicę odzyskania przez Polskę niepodległości głównym wydarzeniem w polskiej stolicy będzie marsz organizowany przez skrajną prawicę. Państwo polskie nie potrafiło temu w żaden sposób zapobiec. Nie potrafiło zebrać obywateli o umiarkowanych poglądach razem, aby nakryli ekstremistów czapkami. Nie potrafiło zadbać o godną oprawę. Nie potrafiło zaprosić do Warszawy liderów światowej społeczności. Zamiast uczcić swoją niepodległość razem ze światem, zwykli Polacy uczczą ją przed telewizorami, a w ich imieniu w światowych mediach przemówi marsz ogolonych, podpitych panów, ryczących szowinistyczne hasła na full volume.

 

Starając się ratować sytuację i własną twarz, prezydent Duda ogłosił ustami swojego rzecznika naprędce inny pomysł przeżycia jubileuszu. Skoro zwykli Polacy nie będą mieli możliwości zebrać się na wspólnym świętowaniu, to niechaj połączą się chociaż symbolicznie, zsynchronizują zegarki i punktualnie o godzinie dwunastej niechaj każda Polka, każdy Polak, każdy senior, każde dziecko odśpiewa hymn narodowy.

 

Ten pomysł jest doskonałą ilustracją kondycji, w jakiej sto lat po odzyskaniu niepodległości znajduje się polska wspólnota narodowa. Politycy w ostatnich kilkunastu latach sprowadzili poziom debaty publicznej do poziomu bruku. Na tym „osiągnięciu” wyrosła stale podsycana nienawiść pomiędzy nimi, która następnie została skutecznie zaszczepiona przygniatającej większości zainteresowanych polityką obywateli. Obecny obóz władzy miał w tych procesach kolosalny udział. Na myśl o chwilowej rezygnacji z demonstrowania swoich sympatii i antypatii politycznych, czyli stanięciu ramię w ramię z tym „walniętym pisowcem” lub tym „zdradzieckim kodziarzem”, wszystkim robi się niedobrze. Czyż zatem nie jest idealnym rozwiązaniem wspólne zaśpiewanie hymnu, ale jednak bez konieczności znoszenia swojej wzajemnej fizycznej obecności? Dzięki temu pomysłowi każdy zaśpiewa hymn tak, jak lubi, bez dyktatu. Ktoś pod prysznicem, ktoś inny stojąc w kolejce po wódkę w osiedlowym i obsługiwanym przez właściciela z rodziną sklepie, ktoś w tramwaju, ktoś w drodze do kościoła, ktoś sprawdzając czy karkówka się mu nie przypala, ktoś wspólnie z psem w trakcie spaceru. Idealny format dla odartego z potrzeby bycia razem narodu. Kłaniam się nisko przed autorem tego pomysłu.

 

Ten obrót spraw pokazuje, że coś jednak jest w zasłyszanym i groźnie brzmiącym haśle „sto lat i wystarczy”. Chyba jednak tylko obca siła i zewnętrzne zagrożenie potrafiłyby wybić Polakom z głów partyjne podziały i ponownie ich zjednoczyć we wspólnej walce o wszystko. Wielu może nawet cieszyłoby się, że mogą okazać osobiście bohaterstwo, które tak podziwiają u swoich dziadów i pradziadów, że mogą doświadczyć – jak napisał pewien związany z PiS gdański historyk – „pozytywnych cech wojny”. Problem z tą perspektywą polega nawet nie na tym, że terapia w sposób oczywisty mogłaby się okazać gorsza od choroby, bo w końcu kto, będąc w pełni zmysłów, uznałby że warto postawić szali życie własnego dziecka, po to tylko aby Polacy przestali się wzajemnie nienawidzić? Problem leży nawet nie w tym, że będąc w NATO nie jesteśmy na razie celem, który warto atakować. Problem w zasadzie jest wręcz w tym, że jedyny obecnie realny kandydat na agresora lubi mieć Polaków głęboko podzielonych i ostatnie czego chce, to wygenerować nad Wisłą narodowe pojednanie. Zatem nic z tego.

 

Wszystkich tych, którzy jeszcze nie wiedzą, gdzie warto śpiewać 11 listopada w południe Mazurka Dąbrowskiego, namawiam, aby uczynili to w trakcie Igrzysk Wolności w Łodzi. Tam, od 9 do właśnie 11 listopada, będziemy razem – wszyscy, którzy tylko zechcą – dyskutować o polskiej „Bitwie o historię”. Zastanowimy się nad przyczynami tego, co jest. Przede wszystkim zastanowimy się, co można zrobić, aby 110. rocznica odzyskania niepodległości była bardziej udana. Może się przyłączysz?



środa, 06 marca 2019, peterliberty

Polecane wpisy

TrackBack
TrackBack w tym blogu jest moderowany. TrackBack URL do wpisu: